Godne Obejrzenia: American Gods

Media, od literatury począwszy, a na grach skończywszy, uwielbiają sprowadzać różne mityczne postacie czy pojęcia do poziomu codziennej, przyziemnej ludzkości, bawiąc się w swoiste „co by było gdyby?”. Takie zabawy wciąż nie przestają mnie intrygować, więc do serialu American Gods poleciałem ochoczo niczym Żniwiarze lecący na kolejny cykl czyszczenia galaktyki.

No, dobra — skłamałem! I to już na wstępie! Do American Gods bym się pewnie nie zabrał, gdyby nie to, że już w trailerze obczaiłem jednego z moich ulubionych aktorów, którym jest Ian McShane. Widziałem go tylko w Deadwood, ale po genialniej grze którą uskuteczniał tam przez całe trzy sezony jako Al „WELCOME TO FUCKING DEADWOOD” Swearengen, nie miałem wątpliwości, że American Gods warto zobaczyć choćby dla tego, co będzie wyczyniał z daną mu postacią. I – na Odyna — wcale się nie zawiodłem!

Jeżeli chodzi o fabułę, to w American Gods wskoczyłem zupełnie w ciemno. Wiedziałem, że jest to serial na podstawie wychwalanej książki Neila Gailmana. Domyślałem się także (wiecie, bo ja to taki chytry jestem i w ogóle), że pojawią się bogowie i elementy ponadnaturalne — tu wątpliwości nie pozostawiał trailer epatujący efekciarskimi akcjami, ewidentnie przyszykowany, by napędzić widownię szukającą ładnej młócki. Cała reszta: kto, gdzie, kogo i dlaczego — pozostała jednak dla mnie tajemnicą.

I takie właśnie podejście polecam każdemu innemu! Całość zaczyna się dość zaskakująco — od opowieści o wikingach przybijających do brzegu Ameryki. Opowieści — warto zaznaczyć — wystylizowanej na komiksową modłę. Na przykład jednego z pierwszych „najeźdźców” zabija dosłowny deszcz strzał, który zamienia go w swoistego nordyckiego jeża, a gdy dochodzi do sekcji bitewnej, zabijani wojowie eksplodują w całych hektolitrach krwi, przy których Kill Bill miałby szansę na co najwyżej kategorię wiekową PG +13. Co istotne, nie jest to wydziwianie dla samego wydziwiania — szczególnie wizualna „krwistość” ma istotne znacznie, sens jej jednak zdradza dopiero dalsza część opowieści.

Takie pozornie z dupy wstawki stanowią prolog każdego odcinka. Wpisują się znakomicie w wątek główny, który traktuje o pewnym jegomościu o imieniu godnym nastoletniego pisarza fan fiction — Shadow Moon. Shadowa poznajemy jako bardzo cichego i zamkniętego w sobie gościa, który właśnie kończy odsiadywać wyrok w pierdlu. Za co? Tego na początku nie wiemy. Co natomiast widać od razu to to, że Shadow bardzo tęskni do niewidzianej dawno żony. Jak to bywa przy zawiązaniach akcji sytuacja ZNACZNIE się komplikuje, i pewien splot wydarzeń sprawia, że Shadow, zamiast trafić w objęcia ukochanej niewiasty, ląduje na „służbie” u tajemniczego, ale niebywale wygadanego cwaniaka przedstawiającego się jako Mr. Wendnesday. A ponieważ Wednesday’a zdają się otaczać tylko i wyłącznie dziwni ludzie i niewytłumaczalne zdarzenia, Shadow szybko wciągnięty jest w intrygę którą nie tylko on, ale również my, widzowie nie bardzo na początku pojmujemy.

American Gods to bowiem serial wyjątkowo niespieszny. Efektowne trailery to tylko przykrywka – clou programu tutaj to interakcje między postaciami. Spora w tym zasługa świetnych dialogów, ale nie bez znaczenia jest też fakt, że w zasadzie każdy aktor odstawia pierwszorzędną robotę. Ba, scena, która najbardziej zapadła mi w pamięć (no, może poza pewną sceną „kiblową” ale to za duży spoiler) to pogawędka przy grze warcaby pomiędzy Shadow Moonem, a postacią graną przez świetnego Petera Stormare’a. Zawieszone w powietrzu napięcie można by siekierą chlastać.

Wymiata także estetyka, która co prawda nie każdemu może się spodobać, ale nie da się jej odmówić oryginalności. Przez większość czasu serial przypomina jakiś dziwny, lekko odjechany sen, w którym wszystko lekko odstaje od rzeczywistości, ale wciąż jest w niej ugruntowane. Reżyser potrafi z nienacka dowalić kilkusekundową wstawkę o fantazji protagonisty na temat jadalnych „pianek”, albo całkowicie zmienić styl, zamieniając odcinek w animację w technice poklatkowej czy klip stylizowany na wątpliwej jakości twórczość któregoś z modnych YouTuberów, których dieta składa się wyłącznie ze SWAGu i vapingu. Do tego dochodzi jeszcze co najmniej jedna, totalnie wystrzelona scena seksu – jakbym wam powiedział coś się tam odstawia, to i tak byście pewnie nie uwierzyli. Mieszanka to zatem iście eklektyczna, ale mi taka zabawa z konwencją bardzo przypada do gustu.

Gdy Amerykańscy Bogowie zaliczali swój telewizyjny debiut, ich przyszłość była jeszcze niepewna. Nie wiadomo było, czy tak nietypowy serial zgromadzi ilość widzów satysfakcjonującą, na tyle, by usprawiedliwić dalsze inwestowanie całych worów wypełnionych po brzegi wizerunkami martwych prezydentów.  Na szczęście wytwórnia potwierdziła kolejny sezon, zatem nie zostaniemy pozostawieni na lodzie jak niegdyś fani Firefly czy wspomnianego już Deadwood. I bardzo dobrze, bo to kawał nietypowej i inteligentnej „telewizji”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *