Ostatni Jedi – czy w tym filmie Moc jest?

Po J.J. Abramsie miejsce głównego reżysera za sterami okrętu zwanego Gwiezdne Wojny zajął Rian Craig Johnson. Czy zmiana pozwoliła wypłynąć produkcji na szerokie wody, czy też przyczyniała się do skierowania całości na mieliznę?

Ostatnia część pt. Przebudzenie Mocy zostawiło nas w niejakim zawieszeniu, które wielu widzom nie przypadło do gustu. Jednocześnie przyniosła nam nadzieję, że kolejne filmy z uniwersum unikną tak karkołomnych pomyłek, jak to miało miejsce w przypadku tych wyprodukowanych w latach 1999-2005.

Przebudzenie smoka

Najnowsza odsłona trwa, aż 152 minuty i w tym czasie stara się fanom zaserwować wszystkiego po trochu. Jest to zarówno plusem, jak i minusem filmu. Oglądając Ostatniego Jedi, nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że reżyser nie do końca wiedział, na czym powinien się skupić. Naprawdę ciekawie robi się dopiero w drugiej połowie filmu, kiedy większość kompletnie niezajmujących nas wątków, odchodzi na drugi plan, a najważniejsze stają się postacie, na których najbardziej nam zależy – Luke, Rey i Kylo Ren.

Niestety jednym z głównych problemów nowej odsłony jest… wciskanie widzowi bohaterów, na którym nam nie zależy. Wydają się pojawiać tylko dla pewnej poprawności czy zapełnienia tła. Wybaczcie mi fani Finn’a, który z pewnością jest niebywale sympatyczny, lecz po raz kolejny stał się czymś w rodzaju „dodatku”. Gdyby usunięto go z filmu, kompletnie bym tego nie odczuła i ta bolączka dotyczy wielu nowych postaci pobocznych. Mają spełnić w filmie pewną konkretną rolę. Czasem wychodzi im to lepiej, czasem gorzej. Niestety czekał mnie wielki zawód w związku z jedną z kluczowych postaci. Twórcy jakby od niechcenia nie pociągnęli wątku, który byłby dla mnie interesujący i miał ogromny potencjał. Zamiast tego zaserwowali bezpieczną i poprawną wersję.

Bardzo mocno odczuwam w Ostatnim Jedi marketingową otoczkę, za którą stoi imperium króla kreskówek. Jest kilka scen (zwłaszcza końcowe ujęcie… dlaczego? Dlaczego, ja się pytam?), które kompletnie nic nie wnoszą do fabuły, ale przypominają o tym, że są to produkcje Disneya. Tym samym wciskają Gwiezdne Wojny gdzieś w kategorię filmu dla nastolatków. Jest przemoc, jest wojna, ale na ekranie nie ujrzymy ani kropelki krwi. Czasami do produkcji wkrada się drobny żart, choć zbyt mocno bazują na banalnym wykorzystaniu porgów. Mam świadomość, że Gwiezdne Wojny to baśń we współczesnym wydaniu, ale ze smutkiem muszę stwierdzić, że więcej mroku doczekały się ostatnie odsłony Harrego Pottera.

Twórcy zdają się iść coraz bardziej w stronę kina „poprawnego”. Zaskoczył mnie zaledwie jeden wątek w filmie, podczas gdy wszystkie pozostałe bardzo łatwo było przewidzieć. Jeśli ma się już za sobą pewną ilość produkcji filmowych, zwodzenie widza za nos to sztuka, która nie każdemu się udaje. Kolejne „zwroty akcji”, zdają się już tylko kliszą, z dobrze znanych opowieści. Wtórność sama w sobie nie jest zła, ale jeśli nie oblec jej w ciekawą szatę, staje się banalna.

Ukrycie tygrysa

Czy Ostatni Jedi to film zły? Bynajmniej! Ma swoje momenty, na których twórcy powinni oprzeć całą produkcję. Świetnie rozwijają się postaci Rey i Kylo Rena. Czuć pomiędzy nimi doskonałą aktorską chemię. Pomimo mojego braku sympatii do postaci Kylo, cenię jak rozbudowują jego postać. To samo dotyczy Ray i jej zmagań z mocą, której jeszcze nie do końca rozumie. Mark Hamill, jako Luke pokazał w tym filmie to, co ciężko było nam dostrzec kilkadziesiąt lat temu w czwartym epizodzie. Doświadczenie i zdolności aktora, bardzo pozytywnie wpłynęły na mój odbiór filmu. Tymczasem postać księżniczki Lei to bardziej katalizator ciepłych wspomnień, niż postać znacząca, co sugerują plakaty filmowe.

Na duży plus zasługuje wygląd filmu i kadrowanie. Ujęcia są bardzo dopracowane i przemyślane. Mają w sobie dużo smaku, a filmowcy umiejętnie grają światłem i cieniem. Wspaniałe ujęcia z sali Snoke’a oraz niezwykle pomysłowa walka na jednej z planet, gdzie biel miesza się z czerwienią, to jedna z tych rzeczy, dla których warto zobaczyć tę produkcję. Niestety w trosce o wasze zdrowie i spokój spoilerowego ducha nie napisze nic więcej, bowiem pewne rzeczy lepiej zobaczyć na własne oczy.

Połowa tego filmu to piękny banał przeplatany niepotrzebnymi wstawkami, podczas gdy druga część zasługuje na uznanie i docenienie. Odwieczna walka między pomysłem a biznesowymi kalkulacjami trwa. Szkoda, że czasami wpływa to na całokształt filmu, ale wciąż jest solidnie. Ostatni Jedi to film dla osób, które porwała poprzednia część Gwiezdnych Wojen. Moc jeszcze się tli i nic nie zapowiada, aby miało się to zmienić.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *