Wiedźmin w teatrze: jest moc – i to jaka!

Prosto z mostu: Wiedźmin w Gdyńskim Teatrze Muzycznym okazał się, że tak sobie pozwolę nawiązać do zwyczaju ze świata wiedźmińskiego, „spektaklem-niespodzianką”. Kompletnie się bowiem nie spodziewałem, tego, co zastałem w Gdyni!

Niniejszy tekst składa się z dwóch recenzji, przygotowanych przez dwie skrajne różne osoby, ale dzielące tą samą pasję do teatru. Po jednej stronie mamy komputerowego weterana, którego popkulturowe wojaże nie znają granic, zaś po drugiej osobę, dla której Wiedźmin to całkowita nowość, nie licząc dziecięcej traumy związanej z Żebrowskim.

Spektakl oczami geeka

Kuba: Wiedźmina – a ściślej mówiąc, wybrane opowiadania połączone w spójną chronologicznie całość — bowiem zaadaptowano nie tylko z rozmachem (na który byłem przygotowany, ale którego nie zawsze lubię), ale i również z klasą i rozsądkiem. Przez pierwsze sceny obawiałem się, że będzie to widowisko może i ładne, ale zbyt pompatycznie i grzeczne. Wątpliwości te na szczęście zostały bardzo szybko rozwiane, a mój ostateczny zachwyt przypieczętowało pojawienie się Yennefer. Aktorka tak znakomicie weszła w rolę charakternej czarodziejki oraz wiecznej miłości Geralta, że przez cały jej pierwszy „song” mogłem tylko cieszyć gembę i myśleć „NO PRZECIEŻ TO JEST 100% YEN W YEN!”. Ba, powiem nawet, że ta wersja podobała mi się bardziej niż ta znana ze słynnej serii gier (nawiasem mówiąc, spektakl nawiązuje wizualnie do cyfrowego Geralta, stylizując go na tego znanego z ostatniej wiedźmińskiej produkcji CD-REDÓW). Brawo!

Yen to nie jedyny jasny punkt Wiedźmina, gromkie brawa należą się całej reszcie obsady (bardzo naturalna i zadziorna Ciri!) oraz mózgom i duszyczkom odpowiedzialnym za posklejanie porozrzucanych chronologicznie opowiadań o Geralcie w sensowną całość (na dodatek w spektakularnej scenografii: Brokilon! Dżiny!). Widać, że stały za tym osoby doskonale obeznane z materiałem źródłowym, przez co historia Geralta nie spłycona została do opowieści o dzielny woju, co to ładnie mieczykiem machał i złe maszkary ubijał.

Yennefer piorunuje nie tylko czarami, ale i też charyzmą. I jak się tu Geraltowi dziwić!

Obecność rodzin z małym dziećmi (oj, trudne rozmowy były chyba potem w domu!) na widowni każe mi przypuszczać, że tak wciąż jeszcze się powszechnie Wiedźmina postrzega. To przede wszystkim dojrzała historia o tym, że ciężko (ale warto!) pozostać dobrym człekiem w świecie, gdzie, cytując, skurwysynów nigdy nie braknie, i że nakręcenie się nienawiścią do niczego konkretnego nie doprowadzi. Mądre to i nienachalnie przekazane.

Tak więc, jak ktoś lubi wiedźmina to wizyta w Gdyni jest obowiązkowa! A jak ktoś tworu Sapkowskiego nie zna, a chce spróbować, to adaptacja teatralna jest bardzo dobrym sposobem na rozpoczęcie tej znajomości.

Ulubione: Chemia pomiędzy trio: Ciri, Yennefer Geralt, piosenka Ciri (o wdzięcznej nazwie „Jaka Szkoda”), która cały czas chodzi mi po głowie, numer o czternastce ze wzgórza Sodden przy którego początku trooooszkę miałem ciary, „OBYŚ PĘKŁ, SKURWYSYNU”. /K.

Spektakl oczami wiedźmińskiego laika

Ola: Bilet na Wiedźmina w Gdyni był prezentem świątecznym dla K. Ja jakoś tak niespecjalnie jarałam się tym spektaklem, to znaczy wiadomo – super, że jechaliśmy i super, że nowy teatr zobaczymy, no ale jednak Wiedźmin, to nigdy nie była moja zajawka. Kiedy byłam dzieckiem, mama oglądała serial z Żebrowskim i nie specjalnie mi się to wtedy podobało, potem też nigdy nie sięgnęłam po książkę. Jakiś czas temu, K. grał w Wiedźmina, ja trochę podglądałam, ale kiedy zaproponował mi, żebym spróbowała, to ja też nie chciałam, no bo jeszcze wtedy myślałam sobie, że gry? Komputerowe? Że ja mam grać? Nieee, to w ogóle nie dla mnie. No, ale tak mi o tym opowiadał, że w końcu spróbowałam. Jakież było moje zaskoczenie, kiedy pierwszy raz w życiu rozprułam mieczem na pół jakiś oprychów, a co ciekawsze – strasznie mi się to spodobało i chciałam więcej! Niemniej jednak, po tej krótkiej euforii spowodowanej rozszarpaniem gamoni na strzępy, moja przygoda z Geraltem na jakiś czas uległa zawieszeniu. Nie myślałam też, że kiedykolwiek ją odwieszę!

Przyznam się, że najbardziej w tym wyjeździe jarało mnie morze. Kocham Bałtyk całym sercem i każdym razem, kiedy tam jestem, jest to dla mnie mega radość. Tym bardziej zimą. Tak więc szłam do teatru prawie zamrożona (było tak zimno, że zamarzły mi włosy! suuuuper!), z lekkim niepokojem, że zaraz zobaczę spektakl muzyczny, który najprawdopodobniej będzie miał w sobie to, czego w spektaklach muzycznych nie lubię (nazywam to jarmarcznymi scenami zbiorowymi, w których uśmiechnięci aktorzy entuzjastycznie tańczą i śpiewają wesołe piosenki). No i pierwsze sceny – rzeczywiście – niestety nie rozczarowały mnie. Nie udało mi się kupić miejsc koło siebie, więc z niepokojem wyglądałam w stronę K., jaką ma minę, ale siedział tak, że nie widziałam jego twarzy. Nie znałam opowiadań, na podstawie których powstał spektakl, dlatego też nie za bardzo wiedziałam, czego się spodziewać. W każdym razie przez pierwsze dwadzieścia minut byłam wystraszona, że dalej będzie tak samo – rubaszne wstawki o dupie i historia o pięknej królowej i jej córce.

Postaci kobiecych w spektaklu nie brakuje i wszystkie są równie harde i mocne w gębie co w oryginale.

Po tych powiedzmy dwudziestu minutach, kompletnie straciłam poczucie czasu! Całkowicie pochłonęło mnie to, co działo się na scenie. Na scenie pojawił się magiczny świat driad, potworów i przeznaczenia, który chłonęłam i chciałam być jego częścią, jak najdłużej! Tak bardzo, że po powrocie pobiegłam do biblioteki i właśnie kończę czytać opowiadania o Wiedźminie.

Zawsze jestem wielką fanką postaci zwierzęcych w spektaklach, dlatego od razu zakochałam się w Płotce i nie mogłam sobie przypomnieć, a wiedziałam, że gdzieś już widziałam to rozwiązanie – ogon zwierzaka, jest w ręce aktora. Dopiero jak wracaliśmy, to zaczęłam śledztwo i doszłam do tego, że widziałam to u Behemota w Mistrzu i Małgorzacie w Capitolu, też w reżyserii Wojciecha Kościelniaka (w głowie przyznałam sobie punkt, za kojarzenie faktów, ale nie dwa, bo musiałam się wspomóc Internetem). Jestem zachwycona – nie było jarmarcznego śpiewania (śmieszne wstawki o dupie dzielnie znosiłam), wszystko było przedstawione w sposób, który nie przytłaczał, a wręcz przeciwnie, zostawił mnie z takim poczuciem niedosytu, co bardzo doceniam. Do tego zakochałam się w Yennefer, Ciri była super smarkulą, a Wiedźmin nie przypominał Żebrowskiego.

Ulubione: Scena w Brokilionie była przepełniona magią i przypomniała mi jak bardzo tęsknię za wiosennym lasem, a święto Belleteyn sprawiło, że za majem też zatęskniłam. /O.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *