Battlefield 4, czyli po co komu singleplayer

Po modernizacji stacjonarnego komputera i uczynieniu zeń głównej platformy do gier i innych przyjemności, naszła mnie ochota do ogrania gier, których wcześniej nie ogrywałem. Pierwszym odpalonym tytułem była czwarta odsłona serii Battlefield, która była również pierwszym rozczarowaniem.

Niby wiem, bo aż tak zramolony jeszcze nie jestem, że Battlefield to przede wszystkim tryb multi i to podobno niezły, choć mimo pogrywających weń znajomych, absolutnie nic mnie w dzisiejszych czasach nie ciągnie do ogrywania czegokolwiek z innymi entuzjastami po sieci. Nie mam na to, najzwyczajniej w świecie czasu. Uzasadniając więc sprawdzenie kampanii singleplayer, wspomnę jedynie, iż wychodzę z założenia, że jak już coś robić, to robić to coś dobrze i skoro w grze pojawia się tryb dla pojedynczego gracza, to powinien być przynajmniej niezły. Jak jednak życie uczy, jest to błędna logika, co jest nieco smutnym wnioskiem. Oczywiście Battlefield 4 nie jest tak słaby, że nie mógłby być jeszcze gorszy, bo mógłbym, ale niewiele, stwierdzam po chwilowym namyśle.

Zacznijmy od plusów, bo te również można w grze odnotować. Otóż jest to bardzo ładny tytuł. Gra cieszy oko i ucho, a odpalona na ultra sprawia, że gęba sama nam się cieszy. Poza tym, bo jak wiadomo grafika to nie wszystko, to produkt nieźle wyreżyserowany, wzbogacony o kilka ciekawych, choć kliszowych postaci i dający nieco frajdy z gry i nieco przyjemności ze strzelania do naszych oponentów. Ponadto coś sprawia, że przechodząc kampanię w Battlefieldzie czwartym, chce nam się ją kontynuować, dograć do końca, zobaczyć, co będzie dalej, kto wychynie z następnego narożnika, czy to czołg, czy to wóz opancerzony, czy bogu ducha winny żołnierz, którego jedyną przewiną było znalezienie się w naszym celowniku. Tak pod tym względem, Battlefield to sprawnie zmontowana gra, którą przechodzi się ze względną przyjemnością, w której można kilka razy zrobić coś źle i wczytać zapisany stan gry, która czasem jakimś małym wyzwaniem nas uraczy. Niestety to wszystko, bo nawet najsprawniej zmontowany produkt, który sam w sobie jest głupi, niedorobiony i sprawia wrażenie stworzonego „na odczepkę”, na dłuższą metę niczym pozytywnym nie jest w stanie nas do siebie przekonać.

Nawiązując do konkluzji z poprzedniego akapitu, Battlefield 4 miał więcej cech negatywnych niż pozytywnych, a raczej, by być precyzyjnym za wszelką cenę, jego kampania dla pojedynczego gracza miała w sobie więcej dziegciu niż miodu. Przede wszystkim warto zwrócić uwagę na strumyk płynnej głupoty, jaki wylewa się na nas z ekranu, gdy pokonujemy kolejne przeciwności losu w czwartym Battlefieldzie i zacząć tu można od naszych dzielnych, amerykańskich wojaków. Otóż, część oddziału, któremu przewodzimy jest niemal nieśmiertelna. Skok z olbrzymiej i to naprawdę olbrzymiej(!) tamy? Żaden „no problem”, hop siup i gra gitara. Nasi śmiałkowie potrafią przeżyć prawie wszystko, przynajmniej póty sami nie zdecydujemy inaczej. Z drugiej strony, postacie przyłączające się do naszej drużyny podczas kampanii giną na potęgę, dosłownie padają jak muchy w różnych okolicznościach. Niby standard w militarnych FPSach, no ale bez przesady! Od pewnego momentu w grze autentycznie zacząłem się zastanawiać, kiedy i w jaki sposób kolejny nieszczęśnik zakończy swoją przygodę z dowodzonym przeze mnie oddziałem specjalnym. O właśnie, oto kolejna durnota drążąca skałę, na której opiera się czwarty Battlefield, fakt iż nasz bohater jest dowódcą specjalnego oddziału tęgich zakapiorów. Ja wiem, że samo w sobie brzmi to dość normalnie, standardowo, klasycznie i wcale nie wydaje się takie głupie. Jednakże kiedy już gramy, kiedy przechodzimy kampanię i co rusz ktoś nam rozkazuje, choć to my jesteśmy dowódcą, ktoś podejmuje za nas decyzje, choć to my jesteśmy dowódcą, ktoś się z kimś spiera, a my nie możemy załagodzić sytuacji, bo choć jesteśmy dowódcą, to jesteśmy dowódcą niemową. Otóż to! Pomysł by drużynie wygadanych, względnie ciekawych postaci przewodził niemowa jest jednym z najgłupszych rozwiązań w grach, jakich kiedykolwiek doświadczyłem.

Na osobny akapit zasługuje fabuła, gdyż poznawana przez nas opowieść to, dosłownie, historia pod tytułem zabili go i uciekł. Poszczególne misje tło fabularne rysują z taką ślamazarnością, że przez długi czas nie miałem bladego pojęcia dlaczego właściwie strzelam do tych Chińczyków, choć to pewnie mój problem, bo jeśli gra nie wywiera na mnie efektu wow względnie szybko, to później gram w nią nieco mechanicznie. W każdym razie, coś tam w grze robimy, jakieś tam informacje wywiadowcze zbieramy, coś się dzieje, ino cholera wie co. Następnie jednak mamy przyjemność pooglądać kilka filmików, które wyjaśniają szersze tło fabularne na tyle wyczerpująco, byśmy czuli uzasadnienie dla ubijania kolejnych setek Chińczyków. No i wreszcie, trzecią metodą wpajania nam „o co chodzi w tej grze” są dialogi między członkami drużyny, z których z czasem dowiadujemy się więcej, niż z przerywników filmowych, co jest nawet niezłym rozwiązaniem. Reasumując, trzy powyższe sposoby dotarcia do odbiorcy i wytłumaczenia mu o, co toczy się gra, kompletnie ze sobą nie współgrają, co sprawia że historia jest pourywana, pogmatwana i mało wiarygodna, a przez to zwyczajnie słaba. Gdyby rozpisać fabułę Battlefielda na scenariusz 24 odcinkowego serialu, po przejściu gry mielibyśmy wrażenie, że ominęliśmy dobrą połowę odcinków. Takie wrażenie mamy zresztą kończąc ten tytuł, gdy to dokonujemy jednego ważnego wyboru, którego konsekwencje są potraktowane tak po macoszemu, że głowa mała. Szczerze mówiąc, to jedna z tych gier, które na samym swoim końcu uświadamiają nam, że tryb kampanii dla pojedynczego gracza został dodany na przysłowiowy „odpierdol”, ot tak, żeby nikt nie marudził, że go nie było.

Poza wspomnianymi bzdurami i niedociągnięciami, mniejszych potknięć jest cała masa. Razi tępota przeciwników, nawet na wyższym poziomie trudności, ale razi również ich okazjonalne trafianie w gracza z chirurgiczną precyzją. Irytujące są problemy z wykorzystaniem noża, bo czasem możemy kłóć delikwenta w najlepsze, a ten nic sobie z tego nie robiąc potrafi władować w nas cały magazynek. Wkurzające są także momenty, gdy ściana za którą się chowamy rozsypuje się w drobny mak i zostajemy bez osłony, ale kiedy to my przyładujemy w ścianę obok której stoi nasz oponent z RPG, to owszem, ściana może i się rozpadnie, ale dziarski Chińczyk nie odczuje tego specjalnie, dalej strzelając w nas w najlepsze. A i byłbym zapomniał o jednej, genialnej niedoróbce! Czasem, gdy musimy otworzyć jakieś drzwi czy wdusić jakiś przycisk lub pociągnąć jakąś dźwignię, to nawet gdy zrobimy to pod nieustającym ogniem z wrogich karabinów, gra pchnie nas dalej, mimo iż ledwo dyszymy. Battlefield 4 pełny jest tym podobnych smaczków, a ja wymieniłem najpewniej jedynie ich skromną część.

Podsumowując zbiorczo mój wywód, stwierdzam, że ocena czwartego Battlefielda nie leży w mojej mocy. Nie ograłem, bowiem jego głównego trybu, a bawiłem się jedynie w singlową zapchajdziurę. Co jednak mogę stwierdzić, to fakt, iż czuję się oszukany, bo obiecując sobie niezłą zabawę w nieźle zmontowaną kampanię dla pojedynczego gracza, otrzymałem produkt zrobiony na siłę, nieprzemyślany, niedopieszczony i słaby. Jasne, gra oferowała mi kilka nie najgorszych zwrotów akcji, kilka przemyślanych lokacji oraz kilka ciekawych postaci i przyzwoicie rozwiązaną mechanikę wymiany ognia, ale to wszystko nie wystarcza, bym uznał ją za udany produkt. Po kilku łykach kawy i kilku westchnieniach doszedłem w końcu do wniosku, że na przyszłość bardziej wnikliwie będę wybierał sobie gry, w które chciałbym pograć i nie dam się więcej zrobić w balona, żywiącego przekonanie, że singleplayer ciągle jest pożądanym przez wielu graczy i twórców modelem rozgrywki. W przypadku gier takich, jak czwarty Battlefield, niestety nie jest.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *