Parostatkiem w postapokaliptyczny rejs

Samotna dziewczynka* niestrudzenie zmierza na wschód, pokonując z wytrwałością wszelkie problemy pojawiające się na jej drodze. To jednak nie jej upór czy samotność przykują uwagę potencjalnego obserwatora, a środek transportu, jaki obrało sobie tajemnicze dziewczę.

Ów wspomniany powyżej wehikuł to monstrualny, steampunkowy żaglowiec, którego od typowego przedstawiciela tego typu pojazdu różni przede wszystkim to, że bez większych problemów jest w stanie poruszać się po lądzie. Jego wygląd zaś i zachowanie jest na tyle charakterystyczne, że bez naciągania można go określić mianem prawdziwego bohatera krótkiej, acz stylowej „opowieści drogi”, jaką jest Far: Lone Sails.

Obsługa parowego monstrum to sprawa wybitnie analogowa – pojazd wprawiamy i utrzymujemy w ruchu za pomocą rozmieszczonych po pokładzie dużych, czerwonych przycisków, które musimy osobiście wciskać skacząc z pokładu na pokład. Niejeden motoryzacyjny projektant zapewne złapie się za głowę widząc kompletny brak jakiejkolwiek ergonomii tego rozwiązania, ale dzięki niemu my, gracze zawsze mamy coś do roboty, krążąc przez większość czasu pomiędzy przyciskiem „gazu”, podajnikiem paliwa oraz urządzeniem służącym do upuszczania nagromadzonej wewnątrz zbiorników pary (swoisty odpowiednik nitro).

Jak tu ładnie!

Choć gra pozbawiona jest jakiegokolwiek samouczka, optymalną sekwencję działań można opracować bez większego trudu, a jej wykonywanie wprowadza w przyjemny rytm, którego utrzymanie nagradza nas widokiem pędzącego na pełnych obrotach parowego kolosa. Pomyłki z kolei mogą doprowadzić nie tylko do uszkodzenia żaglowco-parowca, ale też jego totalnej dewastacji, której efektem może być nawet restart od ostatniego checkpointa (aczkolwiek zdarzyło mi się to dosłownie raz, gdy podczas Pewnej Kryzysowej Sytuacji w podekscytowaniu przywaliłem w wbijający w ziemię potężne haki „ręczny”, zamiast wcisnąć parowego „nitrosa”). Far nie jest jednak grą, w której zarządzanie pojazdem to hardkorowy, wymagający element rodem z np. FTL – to tylko środek do celu, jaki jest podróż przez apokaliptyczny, wymarły krajobraz, w którym rustykalne widokówki przeplatają się z przejażdżkami przez industrialne cmentarzyska.

Po co właściwie Czerwony Kapturek wyrusza w długą podróż i co sprawiło, że na naszej drodze nie staje ani jedna żywa dusza? W Far nie pada ani jedno słowo ekspozycji, zatem odpowiedzi na te pytania będziecie musieli sobie udzielić sobie sami obserwując zmieniające się niczym w postapokaliptycznym kalejdoskopie krajobrazy. Pomimo dystopijnego charakteru świata gry, grafika ma stylizowany, lekko bajkowy sznyt, dzięki którym momentami wygląda naprawdę malowniczo. Osobiście dopóki nie odpaliłem gry byłe przekonany, że duża część gry to rysowane sprite’y 2D. Dopiero po ujrzeniu gry w ruchu zrozumiałem, że to pełny trójwymiar.

Halo? Tu LIMBO z tej strony, czy mają państwo może naszą stylówę?

Mijamy zatem opuszczone fabryki, wyschnięte dna mórz, czy cmentarzyska statków i innego zardzewiałego żelastwa. Okazjonalnie gra zdaje się, że wreszcie wyrwaliśmy się z okowów postapokalipsy i teraz czeka nas już wędrówka przez zielone i miłe oku krajobrazy, jednak prędzej czy później ponownie natrafiamy na przygnębiające śladu ludzkiej działalności. Różnorodności nie brakuje również w kwestii tego co przydarza nam się na drodze – są tu zarówno mini-kataklizmy w rodzaju niszczycielskiego gradobicia (ekipie odpowiedzialnej za dźwięk należy się browar za towarzyszące mu efekty przez które krzywiłem się za każdym razem gdy musiałem na chwilę opuścić bezpieczny matecznik żaglowco-parowca), jak i okazjonalne ulepszenia i niespodzianki. Drogę regularnie blokują różnego rodzaju przeszkody, zatem nie obejdzie się bez krótkich, pieszych eskapad, podczas których rozwiązujemy proste zagadki przestrzenne.

Far to niespieszna, klimatyczna wycieczka na jeden wieczór przez umarły świat pełen pozostałości po upadłej cywilizacji. Mi zabrała nieco ponad trzy godziny, ale przyznam że to i tak dużo, gdyż w jednym momencie mocno się zaciąłem (mała porada bo sam bym na to w życiu nie wpadł – pojazd można pociągnąć wstecz ręcznie chwytając za hak holowniczy). To zatem ciekawa propozycja na ten jeden wieczór, gdy chcemy zanurzyć się w jakiś wirtualny świat, ale nie mamy ochoty ani „walić z aksa” albo strzelać z laserków-blasterków, ani nie w głowie nam taktyczno-strategiczne rozkminki.

*No, dobra, płeć postaci w zasadzie jest ambiwalentna, ale z racji stroju ja ową postać przez cały czas przygody z Far zwałem Czerwonym Kapturkiem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *