Zostań głodującym artystą w Passpartout: The Starving Artist

Talentu plastycznego we mnie tyle co nic. No, skleić coś tam z plasteliny jeszcze potrafię, ale gdy przychodzi do malowania czy rysowania to przeciętny 6-latek pokonuje mnie w przedbiegach. Dookoła jednak wciąż wszyscy mówią o potrzebie wychodzenia ze „strefy komfortu”. Postanowiłem więc mimo wszystko podjąć wyzwanie i sprawdzić się w jakże obcej mi profesji jaką jest malarstwo.

Malarz to profesja romantyczna tylko w teorii: w rzeczywistości w świecie, w którym najchętniej oglądanymi „obrazami” są te zawierające śmieszne pieski i kotki oraz przedstawiające obnażone wdzięki pań w najróżniejszych, nierzadko wybitnie ginekologicznych pozycjach (podobno, ja oczywiście tylko od znajomego wiem ( ͡° ͜ʖ ͡°) ) próba utrzymania się z malowania wyrafinowanych dzieł to zadanie iście karkołomne. Ale skoro studio Flamebait podsuwa nam w swoim Passpartout: The Starving Artist okazję do przekonania się o tym na własnej skórze to czemu by nie spróbować?

 

Wspomniałem już o tym, że profesja typu malarz i romantyzm nie zawsze chodzą w parze, co nie? Cóż, w Passpartout zaczynamy w obskurnym garażu gdzieś na zadupiu Paryża. W łapę dostajemy farby, pędzel i płótno i – wio! – do roboty, czas by nasze kunsztowne malowanie podbiło serca paryskiej bohemy. Kilka przemyślanych machnięć pędzlem, parę wykwintnych detali, jeszcze odrobina detali i – voila! – nasze dzieło ląduje na zaimprowizowanej wystawie przed garażem. Chwilę potem z bijącym sercem obserwujemy, jak pierwszy klient z uwagą ogląda nasze dzieło, by zaraz wysupłać z kieszeni parę banknotów i odmaszerować z dziewiczą kreacją naszego autorstwa w siną dal. Pierwszy krok do sławy zrobiony, czas podbijać Paryż!

Oto jedno z moich pierwszych dzieł! Za grube miliony poszło!

Szybko jednak okazuje się, że rzeczywistość artysty wcale nie wygląda tak różowo. Otóż nawet tak egzaltowana istota jak malarz musi jeść – a że jak przystało na przedstawiciela francuskiej bohemy żywi się wyłącznie bagietkami i winem, koszty posiłków są niemałe. Co więcej, malowanie musi również wystarczyć na czynsz, który złośliwie nie chce się sam opłacić. Jeżeli zatem nie chcemy skończyć na bruku, musimy szybko przerzucić symboliczną wajchę naszego systemu pracy z pozycji „jakość”, na wskaźnik „ilość”.

Na nasze szczęście gawiedź odwiedzająca miejscówkę gdzie rezyduje malarz to klienci o wyrobionych gustach i preferencjach. Niczym zatem w korpo należy namierzyć „target”, zrobić „risercz” i dostarczyć „spersonalizowany kątent”. Można od czasu do czasu pozwolić sobie na większą dawkę twórczych starań, jednak nierzadko takie dzieła lądowały po prostu w koszu, olewane przez krytyków przywiązanych do swojego ulubionego stylu.

Z czasem dostajemy jako malarz coraz więcej swobody, której dostarczają nowe narzędzia pracy pozwalające na malowanie coraz to bardziej rozbuchanych wizualnie dzieł (oraz „dziełek”). Rosną też stawki za obrazy, które mogą wylądować nawet w ekskluzywnych galeriach. Z drugiej strony rosną jednak wymagania klientów i oczekiwania co do jakości naszych dzieł. Gdzieś w tam tle zatem nigdy nie przestaje tykać zegar odliczający czas do kolejnej raty czynszu, której spłacenia nie ułatwia kosztowne uzależnienie od pochłaniania kilogramów bagietek i litrów wina. Jak w życiu pościg za marzeniami utrudniają deadline’y spraw prozaicznych. Czy da się je przezwyciężyć? Cóż, zdradziłbym wam ten sekret, ale szykuję się do kolejnego wernisażu. Temat mojej serii prac: „Chaos, Cycki i Broń Maszynowa”. Będzie się działo!

P. S. Po ponownym przeczytaniu tego tekstu stwierdziłem że coś on taki ponury. W rzeczywistości Passpartout: The Starving Artist to bardzo miła i relaksująca gra zdolna uwolnić pokłady „malarskich” pomysłów nawet w takich plastycznych tłukach jak ja. Przyjemne!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *