Recenzja gry Shadow of the Tomb Raider

Trzecia i zarazem ostatnia część trylogii przygód początkującej Lary Croft od studia Crystal Dynamics daje wiele satysfakcji z rozgrywki, choć jednocześnie po wyłączeniu konsoli odczuwamy pewien niedosyt.

Każda podróż musi kiedyś dobiec końca. Nowa Lara z pewnością przeszła długą drogę od przerażonego nowicjusza do nieustępliwego poszukiwacza przygód. Już na samym wstępie trzeba powiedzieć, iż Shadow of the Tomb Raider to zasadniczo powtórka z rozrywki, choć dostarczona w należycie dopieszczonej oprawie. Starzy fani pani Croft mogą trochę kręcić nosem, ale gracze ceniący sobie reboot serii nie powinni się zawieść. Przynajmniej przez większość czasu.

Lara dorasta

Cała idea stojąca za trylogią od Crystal Dynamics miała na celu odświeżyć wizerunek Lary Croft. Postać zadebiutowała w połowie lat 90., jeszcze na poczciwym Szaraku i zapomnianym Saturnie. Szczerze przyznam, że tamta Lara dla mnie pod względem kreacji postaci przypominała raczej kuriozalne dziwadło. Rzecz jasna ogólny wkład sylwetki w popkulturę potrafię docenić. Między innymi, dlatego komiksy wydawane przez Image o pani archeolog zajmują szczególne miejsce w mojej pamięci.

Współczesna Lara na ekranie monitorów zyskała bardziej ludzką twarz, stając się wielowymiarową postacią o bogatszym charakterze i wyrazistych motywacjach. Naturalnie na każdym kroku widać inspiracje serią Uncharted, zarówno w kreacji świata jak i postaci, od czego Shadow of the Tomb Raider na tle trylogii również nie stroni. Zabieg ten w zupełności nie przeszkadza. Wszakże czerpanie z najlepszych wzorców należy docenić a nie piętnować.

Akcja rozgrywa się zaledwie trzy miesiące po zakończeniu ostatnich przygód. Widać, że poprzednia potyczka z organizacją o nazwie Trinity obiła się na psychice protagonistki. Jej fiksacja na tle przeszłości ojca, jak i próba powstrzymania złowrogiej organizacji za wszelką cenę, doprowadza do sytuacji, gdy cel uświęca środki. Czarno-białe wzorce odchodzą do lamusa, bowiem świat Shadow of the Tomb Raider zyskał sporo odcieni szarości. Twórcy kładą ważne pytanie o motywację i metody Lary Croft. Szczególnie, że niektóre kataklizmy dziejące się wokół niej zostały wywołane przez poczynania bohaterki. Jak dla mnie świeże i zaskakujące podejście do budowania narracji wokół postaci, za co należy się spory plus.

Ponadto, więcej uwagi poświęcono również oddanemu towarzyszowi podróży. Jonah ma znacznie więcej do powiedzenia, a kilka emocjonalnych chwil i dłuższych dialogów wymienianych z Larą aż chwyta za serce. Z drugiej strony trzeba jasno zaznaczyć, iż niestety ogólny rys fabularny gry pozostawia trochę do życzenia. Głównie, dlatego bowiem pewne niekonsekwencje narracyjne i płytkie potraktowanie trzecioplanowych postaci pozostawia w odczuciu gracza spory niedosyt. Wielka szkoda, bo mimo włożenia dużego wysiłku w doszlifowanie sylwetki głównej bohaterki, jej otoczenie już mniej zapada w pamięć.

Na wojennej ścieżce

Zasadniczo gra spaja większość elementów rozgrywki umieszczonych w dwóch poprzednich odsłonach, dodając coś nieco od siebie. Przykładowo podczas wspinaczek, których zresztą nie brakuje niemal na każdym kroku, mamy możliwość opuszczania się na linie, dzięki czemu odkryjemy nowe wcześniej niedostępne miejsca. Ogólnie akrobacji w powietrzu także nie zabraknie. Czego jeszcze wcześniej nie było to pływanie i eksploracja podwodnych lokacji. Tak na marginesie, od razu zauważymy, że sylwetka Lary Croft zyskała odpowiednią posturę dla osoby zajmującej się nader aktywnym realizowaniem archeologii.

Generalnie nie licząc krótkiego wstępu dziejącego się w Meksyku, całość gry rozgrywa się w gęstych lasach Ameryki Południowej. Walka z użyciem narzędzi ostrych i łuku zyskała kilka nowych elementów, a bezwzględność Lary potrafi aż skręcić w żołądku. Widać jak na dłoni, iż całość rozgrywki nastawiono głównie na skradanie i późniejsze ubijanie wrogów na sposoby, jakimi poszczyciłby się sam John Rambo lub Arnold toczący zażarty bój z kosmicznym najeźdźcą. Wciąganie najemników pod wodę, używanie błota jako kamuflażu na ciele, tudzież przeprowadzanie zasadzek z koron drzew jasno daje do myślenia, kto tym razem jest zwierzyną a kto łowcą.

Ray Tracing jest? Nie, ale tu też jest zaje… fajnie.

Dlatego wielka szkoda, bowiem chyba najsłabszy element zabawy to walka z użyciem broni palnej. Gdy zrobi się zbyt gorąco i trzeba chwyć za karabin, przy większej ilości przeciwników można czasami wpaść w furię. Gdy już jednak odpowiednio przetrzebimy zastępy adwersarzy ich AI potrafi czasem wprowadzić w konsternację gracza. Dlatego jestem przekonany, iż ten fragment rozgrywki wypadł znacznie lepiej w „pierwszej odsłonie” sprzed pięciu lat. Trzeba jednak powiedzieć, że tam okazji do sypania ołowiem było znacznie więcej. Intensywnych pojedynków w Shadow of the Tomb Raider jest jak na lekarstwo. Znacznie większych nacisk postawiono na rozwiązywanie łamigłówek, eksplorację oraz skradanie.

Rozgrywka pod lupą

Osobną kwestię stanowi drzewko umiejętności i poziom trudności gry. Rozwój postaci nie jest specjalnie rozbudowany to też czasami można odnieść wrażenie, jakoby jesteśmy w stanie ukończyć całość bez zaglądania do tej opcji. Niemniej kilka inwestycji związanych z naszymi punktami doświadczenia warto poczynić zwłaszcza, gdy niektóre umiejętności wymagają ukończenia określonych zdań.

Z drugiej strony pochwała należy się, za rozbudowanie poziomu trudności podzielonego na trzy sekcje: eksploracja, zagadki, walka. Każdy można dostosować indywidualnie. Zatem jeśli kogoś nie interesuje uśmiercanie żołnierzy Trójcy i chce skupić się wyłącznie na odkrywaniu grobowców bez żadnych pomocy czy samouczków, to droga wolna. A może wolicie bardziej wyśrubowany poziom w trakcie pokonywania przeszkód terenowych? Szansa indywidualnego dopasowania stopnia skomplikowania poszczególnych elementów rozgrywki faktycznie zasługuje na docenienie.

Za ogranie wcześniejszych części dostajemy kilka ciekawych dodatków budzących nostalgię.

Nic jeszcze nie powiedziano o świecie, a przecież on też odgrywa ważną rolę. W skrócie „Cień Tomb Raidera” jedynie sprzedaje nam iluzję otwartej mapy. Tak naprawdę poruszamy się po zamkniętym labiryncie i wielokrotnie zdarza się nam odwiedzić to samo miejsce po kilka razy. Szczególnie, jeśli musimy wrócić do dużo wcześniejszej lokacji z nowymi narzędziami potrzebnymi do otwarcia jakiegoś skarbu lub grobowca. Na szczęście wciąż mamy opcję szybkiej podróży. Nie to jest jednak problemem, bowiem trudno wyzbyć się wrażenia jakoby Tomb Raider z 2013 był znacznie bardziej zróżnicowany w aranżacji kolejnych etapów. Mimo tego dostaliśmy kilka nowinek, jak choćby misje poboczne (swoją drogą niezbyt skomplikowane, ale na swój sposób wciągające) oraz dwa spore miasta, gdzie dowolnie można wchodzić w interakcje z mieszkańcami.

Tomb Raider na konsoli daje radę?

Mówiąc o tytule z wysokiej półki trudno ominąć szerokim łukiem temat wizualnych fajerwerków. Shadow of the Tomb Raider przyszło ogrywać na wysłużonym Xbox One, pod postacią starego poczciwego magnetowidu. Od strony poziomu detali, jakości tekstur i dynamicznego oświetlania widać poprawę względem wcześniejszej odsłony. Nad tym nie ma, co dyskutować.

Zasadniczo graficznie nie można nic zarzucić recenzowanej grze. Zapaleńców uspokajam, bowiem oczywiście nie jest to kunszt drobiazgowego dopieszczenia, jaki widzieliśmy w Uncharted 4. Niestety przygotowanie sprawnie działającego tytułu na wiele platform ma swoją cenę, szczególnie w wymiarze technicznym. Przy pierwszym podejściu było kilka miejsc, gdy animacja naprawdę solidnie chrupnęła. Działo się to szczególnie przy zmianie lokacji, a więc przejścia z zamkniętych pomieszczeń na otwartą przestrzeń. Spadki wyświetlanych klatek na sekundę doskwierały też w trakcie intensywnej walki. Na problemy te cierpiał ponoć także XOne X oraz PS4 Pro, ale po ostatniej aktualizacji jest już dużo lepiej.

A jak wygląda tytuł od strony dźwiękowej? Miód malina! Szczególnie, jeśli idzie o dźwięki otoczenia i muzykę, wprowadzającą element niepewności i nutkę mrocznego klimatu. Larę oczywiście najlepiej usłyszeć z jej charakterystycznym quasi brytyjskim akcentem. Polski dubbing omijam szerokim łukiem, niemniej nakład poniesionej pracy doceniam i pewnie sporo osób wybierze ten sposób zabawy. Dwie ciekawostki: przy przełączeniu na język angielski koniecznym staje się dociągnięcie z Sieci odpowiedniej łatki o rozmiarze 2GB. Gra uwzględnia również udźwiękowienie, w którym postacie mówią swoimi ojczystymi językami i dialektami, co zdecydowanie warto wypróbować.

Należyte zwieńczenie trylogii?

Crystal Dynamics włożyło wiele wysiłku w ostatnie przygody Lary Croft. Mimo że parę elementów nie zagrało tak, jak powinno to niestosownym byłoby całkowite skarcenie recenzowanej gry. Dostarcza kilkadziesiąt godzin intensywnej przygody w znakomitej oprawie technicznej, łącząc docenione elementy widziane w wcześniejszych odsłonach. Jest też spora nutka nostalgii nawiązująca do starych gier choćby w postaci charakterystycznego wdzianka. Podwójnych pistoletów nie ma, ale tak jest lepiej. Ten fragment „starej” postaci pasowałby tu raczej jak pięść do nosa.

Poziomu gry z 2013 (chyba) nie udało się przeskoczyć, ale to raczej znak czasów gdzie coraz trudniej czymś zaskoczyć wymagających graczy. Odstawiając na bok wszelkie narzekactwo głupotą byłoby ostatecznie nie polecić Shadow of the Tomb Raider na dłużące się jesienne wieczory. Jest to kawałek porządnego kodu mogącego skraść sporo czasu z życia gracza.

Za udostępnienie gry dziękujemy wydawcy CENEGA

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *