Recenzja Mech Rage – prosto i wściekle!

John to człek prosty, którego rys psychologiczny sprowadza się do umiejętności sypania niebywale czerstwymi sucharami. John ma też uzbrojonego po zęby mecha. Tak się składa, że statek Johna zaatakowało stado metalowych ufoków. Co z tego wyniknie?

Staroszkolna, arcade’owa rozpierducha, oto właśnie co wyniknie. Sięgająca do praojców gatunku takich jak Smash TV. Czyli w skrócie: wkraczamy na prostokątną arenę wypełnioną wrogami, przeszkodami terenowymi oraz znajdźkami. Wrota zamykają się i zamknięte pozostaną aż nie wytłuczemy przeważających sił wroga. Potem do następnej sekcji, aż do wieńczącego level bossa.

Stare, ale jare

Formuła to stara, acz sprawdzona, więc Mech Rage nie bawi się w żadne próby odkrywania gatunku na nowo. Jest szybko, wrogów jest dużo, a od śmierci nierzadko dzielą nas sekundy. Wraz z kolejnymi levelami robi się coraz goręcej, kolejne areny są też coraz bardziej upstrzone różnymi „przeszkadzajkami” w rodzaju laserowych blokad czy elektrycznych podłóg. Klasyka w pełnym wydaniu, co oczywiście ciężko poczytywać za zarzut: co jak co, ale przy Mech Rage można się zdrowo odmóżdżyć i odpocząć od rozdmuchanych na 70+ godzin produkcji (POZDRAWIAM MOJE 33% W PHANTOM PAIN PO JAK NA RAZIE 50 GODZIN GRANIA – NICZEGO NIE ŻAŁUJĘ).

„Mars, Mars, Mars atakuje, żadnej litości nie czuje!”

Nasz mech początkowo musi się zdrowo nastrzelać, żeby rozwalić pierwszego lepszego z brzegu bubka. Z pomocą przychodzą jednak poukrywane zmyślnie ulepszenia poszczególnych atrybutów maszyny kroczącej, oraz różnorodne ulepszenia broni do kupienia pomiędzy misjami. Gra zachęca do wybierania za każdym razem najdroższej możliwej opcji, ale osobiście opierałem się pokusie, i odkładałem zawsze na mocniejsze pukawki. Wydaje mi się nawet, że okazało się to całkiem opłacalne, gdyż do ostatniej bitki stanąłem z najmocarniejszym zestawem dział.

Gdzie jest moc?

Lubię takie rozwałki, o czym dowodzić może chociażby moja recenzja niskobudżetowego „Syndzi” („Jydge„), przy którym nim się obejrzałem stuknęło mi dobre kilkadziesiąt godzin, czy też miłość do takich tytułów jak Ruiner czy Hotline Miami. Mech Rage jednak ma jeden mankament, który nie pozwalał mi się w pełni się nacieszyć arcade’ową rozpierduchą. Jest mianowicie jakiś taki…rachityczny. Odgłosy wystrzałów to jakieś plumkania-cmokania, wybuchy są mało wybuchowe, i co najgorsze — w zasadzie nie czuć, że nasze strzały cokolwiek robią wrogowi. Nasz mech też jakoś mało wyraźnie reaguje na ostrzał, przez co jego stan pozwala ocenić tylko rzut oka na mało wyraźny pasek w lewym górnym rogu.

Jeden z bossów. Szacunku wyglądem nie budzi ale laserki ma mocarne.

Kolokwialne mówiąc: trochę za mało tu tzw. petardy. Niby łazimy wielgachnym mechem, ale czułem się bardziej jakbym poginał psem Pluto na wrotkach (jakoś się ten „elektroniczny mordulec” ślizga po posadzce). Gdy kupowałem ostatnią broń dodatkową, spodziewałem się wielkich fajerwerków, gdyż w jej opisie pominięto ilość obrażeń stwierdzeniem, że są „wystarczająco wysokie”. Działo to jednak okazało się strzelać mizernymi kuleczkami, które i tak ginęły mi z oczu w gąszczu wrogich pocisków. Dash też jakiś taki niemrawy.

Sprawa stanie się zrozumiała, gdy spojrzymy na cenę. Mech Rage dostajemy za około trzy dyszki, więc nie jest to produkcja o rozbuchanym budżecie. Za tą cenę dostajemy 2-3 godziny umiarkowanie emocjonującej, aczkolwiek nie da się ukryć – dynamicznej strzelanki (z wybitnie upierdliwym ostatnim bossem). Wygłodniali koneserzy arcade’owych klimatów mogą to potraktować jako lekkostrawną przekąskę pomiędzy większymi tuzami gatunku (których — nie da się ukryć — nie ma ostatnio zbyt wiele).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *