Recenzja Ōkami HD – trochę inna bajka o wilku

 

Ōkami było moim growym marzeniem, odkąd tylko ujrzałam grę jeszcze w czasach świetności gamingowych magazynów. Tytuł wydany wówczas na PS2 był niestety całkowicie poza moim zasięgiem, głównie ze względu na przekonanie mojej familii, że gry to zło wykute pod racicami samego szatana.

Potem przyszło PS3, które niestety także było wyłącznie w sferze marzeń. Gdy nastały obecne czasy, a ja nareszcie stałam się dumnym posiadaczem PS4, nowe gry uśpiły pierwotne marzenie. Minęło trochę czasu i japońscy bogowie pomyśleli o mnie, skłaniając Sony do odświeżenia Ōkami w wersji HD. Tak, oto po kilkunastu latach wzruszona odpalałam wyczekiwany tytuł. Pytanie brzmi: czy było warto?

36 widoków na górę Fudżi

Prawie odpadłam na intrze. Jakież to było długie. Sposób opowiadania historii z biegiem lat uległ zmianie, ale niepomijalne, senne wprowadzenie to jedna z niewielu rzeczy jaką należy przeboleć, aby dotrzeć do tego, co najlepsze – świetnej rozgrywki, która mimo upływu lat skradła mi serce.

Wróćmy jeszcze na moment do historii, którą postaram się podać Wam w miarę skondensowanej formie. Na samym początku poznajemy opowieść o wilku zwanym Shirunai oraz mistrzu miecza Nagi. Podjęli oni walkę z demonem Orochim, aby ocalić wioskę Kamiki i wybrankę serca Nagiego – Nami. Ich misja zakończyła się sukcesem. Jednak 100 lat później niepokojące okoliczności wskazują na to, że historia pojedynku z demonem jeszcze nie dobiegła końca.

Jako gracz przyjmujemy więc formę wilczycy Amaterasu, która jest ziemskim wcieleniem bogini słońca. Przez rozgrywkę prowadzi nas towarzysz podróży – duszek Issun, pomagający nam w poruszaniu się przez meandry rozgrywki, ucząc jak opanować wszystkie techniki Celestial Brush.

Pomimo brzmiącego poważnie wyzwania, twórcy Okami nieustanie puszczają oko do gracza, bawiąc się konwencją. Cała gra pełna jest humoru i typowego dla japońskiej nacji uwielbienia dla płci pięknej. Osoba obeznana z folklorem kraju Kwitnącej Wiśni, będzie bawić się podwójnie dobrze, wyłapując kolejne nawiązania do najpopularniejszych baśni. Napotykani NPC są napisani doskonale i wzbudzają sympatię już od pierwszej rozmowy. Jest to o tyle zaskakujące, że spotykamy ich na drodze całkiem sporo. Pomimo tego nikt nie stracił na unikatowości, mając swoje osobne miejsce w tej historii.

Burza poniżej szczytu

Graficznie produkcja jest utrzymana w stylistyce japońskich drzeworytów, dzięki czemu wyróżnia się na tle innych tytułów i doskonale koresponduje z podejmowaną tematyką. Jest to niewątpliwie najpiękniejszą gra wydana przez nieistniejące już Clover Studio, która z powodzeniem opiera się upływowi czasu. Kolejnym plusem jest wyjątkowa muzyka. Także tutaj twórcy oddali hołd tradycji i przygrywa nam przyjemna kombinacja fletu, shamisenu oraz bębnów taiko.

Bronią naszej bohaterki podczas całej gry jest tzw. Celestial Brush, którym malujemy na ekranie ataki, bądź wywołujemy pożądane efekty. Wraz z postępem rozgrywki pozyskujemy kolejne techniki, aby pod koniec sprawnie manewrować między wszystkimi trzynastoma technikami. Przyjdzie nam między innymi władać wodą, aby „zgasić” co bardziej zapalczywych przeciwników. Fantazja twórców sprawia, że rozwiązywanie prostych zagadek logicznych i środowiskowych jest przyjemne oraz satysfakcjonuje.

W przypadku konsoli PS4 zrezygnowano z wymogu posiadania kontrolera Muve. Osobiście uważam to za wyjątkowo dobry ruch. Szkoda jedynie, że nie podjęto próby wykorzystania panelu dotykowego, co wydawało się niemal oczywiste. W przypadku PC do obsługi gry mamy do dyspozycji myszkę i klawiaturę.

Po sprawnym opanowaniu rysowania i zachowaniu czujności, nawet najgroźniejszy boss nie będzie stanowił większego wyzwania. Dlatego tytuł ten mogę polecić nawet niewprawionym graczom. To, co czasami dokucza, to brak podpowiedzi, co powinniśmy robić dalej, bądź jak pokonać danego przeciwnika. Pozostaje nam wówczas na ślepo malować kolejne znaki na ekranie, aby odkryć mechanikę rządząca danym problemem. Nie jest to skomplikowane, ale wyraźnie widać tu różnice w budowie rozgrywki względem współczesnych gier.

Mapa świata jest półotwarta. Dzięki temu można do pewnego stopnia wracać do odwiedzonych już lokacji, aby wraz z nowo pozyskanymi mocami, okrywać ukryte przejścia i skarby tam, gdzie dotychczas nie mieliśmy okazji się dostać. Jeśli należycie do tych osób, gdzie długość gry ma znaczenie, śpieszę donieść, że na ukończenie fabuły potrzebujecie od 40 do 50 godzin. Gra poza główną osią fabuły oferuje nam szereg pobocznych aktywności, pozwalając nam nieco przedłużyć zabawę. Warto wspomnieć m.in. polowanie na pomniejsze demony, karmienie napotkanych zwierząt, kolekcjonowanie skarbów, czy też znienawidzone przeze mnie łowienie ryb. Ostatnia z czynności, jest wymagana do popchnięcia fabuły do przodu w trzech sytuacjach i był to jedyny moment, gdy przeklinałam. Należało manewrować wędką tak, aby utrzymała się wystarczająco długo w zielonym polu. Im większe ryby, tym szybciej zmieniał się ruch wskaźnika. Ostatecznie zanim ukończyłam wymagane sekwencje, wściekle mashowałam dwa przyciski, aż do bólu palców… Ten, kto powiedział, że łowienie ryb to uspokajające zajęcie – KŁAMAŁ.

Wielka fala w Kanagawie

Okami cechuje się charakterystyczną przypadłością gier japońskich, czyli kompletnym brakiem voice actingu. Wprawdzie postacie posługują się pewnego rodzaju dźwiękami, ale przypomina to bardziej „ćwierkanie” zmieszane z szuraniem butami po podłodze. Szkoda, że pomimo upływu tylu lat nie zdecydowano się, aby dodać ten mały upgrade do remastera.

Jestem wdzięczna za tę przygodę. Za możliwość zagrania w coś tak niezwykłego. Uważam, że wyłącznie odświeżanie tytułów trudno dostępnych, będących niemal unikatami ma sens. Nie potrzebuję remasterów tytułów sprzed kilku lat, szczególnie multiplatformowych. Tak, jak wielu recenzentów przed dziesięciu laty, i ja potwierdzam – Ōkami to tytuł kultowy i obowiązkowy dla każdego fana Japonii. Pewne niedociągnięcia łatwo wybaczyć, za cenę tak wybornej przygody.

Na koniec kilka ciekawostek:

Amaterasu – japońska bogini słońca. Według Nihon-shoki bogini słońca przyszła na świat zaraz po tym, jak uformowały się japońskie wyspy. Para boskich demiurgów, z których się narodziła, uznała ją za swoje najbardziej udane dziecko i postanowiła powierzyć jej władzę nad Wysoką Równiną Niebios. Panowała więc za wskazaniem rodziców nad światem niebiańskich bogów. Uznawana jest za protoplastę rodu cesarskiego. W przypadku gry mamy tu do czynienia z ciekawą sytuacją, która nastąpiła najwidoczniej w przypadku tłumaczenia gry. W języku japońskim można całkiem skutecznie ominąć kwestię rodzajnika, określającego płeć. Dlatego w wielu mangach przez długi czas pomijano kwestię „przynależności” bohatera/bohaterki (np. Haruka – Czarodziejka z Księżyca). W Okami Issun zwraca się do Amaterasu — Ammy, jednak używając rodzajnika męskiego. Wynikło to zapewne z żarcików związanymi z zachwytem nad płcią piękną, zarówno ze strony Issuna, jak i Ammy. Tymczasem, gdy wilczyca zdobywa kolejne moce, bóstwa przekazujące umiejętności zwracają się do niej już „bogini wszystkiego, co dobre”, czyli używając rodzajnika żeńskiego.

Issun – postać ta istnieje w japońskich baśniach, jako Issun-bōshi lub „Jednocalowy samuraj”. Jest to odpowiednik europejskiego Tomcio Palucha lub Calineczki. Nawet bazowa opowieść jest bardzo podobna. Pewna para nie mogła mieć syna, więc została pobłogosławiona przez bogów synkiem liczącym ok. 3 cm. Pewnego dnia zdecydował, że zostanie wojownikiem i ruszył na przygodę. Zupełnie jak Issun z Okami, choć ten growy jest częściowo… owadem.

Yamata no Orochi – demon, którego mamy pokonać w Okami także ma swój pierwowzór w japońskim folklorze. Jest to Wielki Wąż o Ośmiu Głowach i Ośmiu Ogonach, który lubił żywić się pięknymi niewiastami. W grze napotkamy nawiązania także do innych japońskich podań, choćby opowieść o zbieraczu bambusu, czy też całej gamy pomniejszych przeciwników, których wzorowano na japońskich demonach.

Za udostępnienie gry dziękujemy wydawcy Cenega

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *