Recenzja Prodigy Tactics. Ładnie, ale czy wciągająco?

Pisze do mnie naczelny: człowieku, grę mam dla ciebie do recenzji. Patrzę i widzę „tactics” w tytule, i już się cieszę. Potem jednak widzę otoczkę rodem z anime i trochę mięknę, bo raczej za nią nie przepadam. Lubię jednak poszerzać swe horyzonty więc dzielnie Prodigy Tactics na klatę ostatecznie przyjąłem. A czy tego pożałowałem?

Żałować na pewno nie żałowałem, bo Prodigy Tactics próbuje iść własną ścieżką, a to zawsze w grach lubię. To zresztą pozostałość po dużo większym, o wiele ambitniejszym projekcie, który ostatecznie nie został w pełni zrealizowany. Natrafiłem na informacje o nim szukając jakiś ciekawych taktycznych trików i aż musiałem dwa razy sprawdzić czy to na pewno o tę samą grę chodzi. Oryginalnie całość miała bowiem rozgrywać się na specjalnych planszach w „realu”, na których różne figurki toczyłyby bój pokazywany na ekranie kompa. Ostatecznie jednak zabrakło funduszy i całość wylądowała w postaci tylko i wyłącznie elektronicznej.

„Harmonia na trzy czwarte z cicha rżnie…”

O ambicjach twórców przekonać się można już w długaśnej sekcji samouczkowej, która – nieco topornie – tłumaczy po kolei mechaniki głównego dania gry. Czyli turowych, taktycznych potyczek toczonych pomiędzy drużynami wyspecjalizowanych herosów. W przeciwieństwie do wielu innych tytułów tego typu, walki nie ograniczają się do naprzemiennych ataków. Gdy wróg szykuje się do natarcia, otrzymujemy turę obrony podczas której nie możemy się co prawda ruszyć, ale za to można spróbować przewidzieć działania wroga i przyszykować odpowiednią defensywę. Atakowanie herosów oznaczonych jako broniących się to zawsze zły pomysł, zatem przy wybieraniu celu trzeba mocno ruszyć makówką.

To komu możemy dowalić i to jak bardzo możemy komuś dowalić zależy od pozycjonowania. Dalsze szeregi pozwalają uchronić się przed obrażeniami, ale z drugiej strony ciężko stamtąd wyprowadzić sensowną ofensywę (czytaj: to dobre miejsce dla suportu). Zarówno atak jak i obrona przeprowadzone są zaś za pomocą dwóch różnych „stron mocy”: Harmonii i Dysonasu. W dużym skrócie: te pierwsze są bardziej „pewne” ale mniej potężne, te drugie zaś mają mocny wygar, ale za to są ryzykowne w związku z pojawiającymi się polami Dysonansu przy każdym użyciu Ciemnej Strony Mocy. Gdy połączy się ich cały szereg – kaboom! – wszyscy twoi wojowie eksplodują Złą Energią™ tracąc sporo HPków. Z drugiej strony granie „bezpiecznie” samą Harmonią jest nie tylko niezbyt efektowne, ale również mało skuteczne. Ryzykanctwo to zatem element obowiązkowy!

Jedna z pierwszych zawodniczek, zdecydowana zwolenniczka działania w stylu Dysonansowym.

Heroicznie i magicznie

To tak jeżeli chodzi o system walki z grubsza: na uwadze trzeba bowiem mieć też „linkowane” skille i ataki, skłonności poszczególnych herosów do korzystania z jednej bądź drugiej strony „Harmonii”, i specjalizacje poszczególnych herosów. Mówiąc krótko: to nie jest gra casualowa, bez rozkminienia „combosów” pomiędzy bohaterami możecie tutaj co najwyżej – jak to mawiał klasyk – cmoknąć kota w pompkę. Bohaterowie są zróżnicowani i charakterni, co przestaje dziwić, gdy przypomnimy sobie o „figurkowym” rodowodzie gry. Aczkolwiek jak ktoś nie przepada za „chińskobajkową” estetyką to staną mu ością w gardle. Można – a nawet trzeba – ich ulepszać, co polega na ich specjalizowaniu w konkretnej roli np. wytrzymałego tanka, czy tzw. „szklanego działa”. To zapewne ukłon w stronę rozrywek multiplayerowych, gdyż poszczególne upgrade’y wymagają prawie zawsze poświęceń, zamiast oferować same plusy.

W expieniu herosów pomaga tryb „Bastionu”, czyli swoista „horda” pozwalająca w spokoju zdobyć levele i przetestować nowe taktyki i ustawienia. Dla zadeklarowanych singli jest również kampania, która jednak specjalnie szału nie robi. Śledzimy opowiastkę o długouchej Strażniczce Many, która przebudzona po stuletniej drzemce zbiera ekipę i rusza ratować świat przed zagładą. Początkowo jest całkowicie liniowo, ale potem w łapy dostajemy nawet sterowiec którym śmigamy sobie po mapce wypełniając misje, które nieodmiennie kończą się tym że komuś, jak to mawiał Grucha (ten od różowego sweterka) „pomagamy w spuszczeniu sobie wpierdolu”. Cutscenek ni ma, jeno się ostały gadające głowy i ściany tekstu: pomijając niekiedy ekstrawaganckie designy postaci, nie ma tu niczego, co by ktoś kto zwiedził parę światów fantasy nie widział. No, letnie to jakieś takie, i trochę na zasadzie „będzie bo ma być!”.

Mapy są niewielkie i zawsze mają taki sam rozkład. Przydałyby się może jakieś urozmaicenia?

Czegoś zabrakło

Podobne wrażenie zrobiła na mnie opisana wcześniej walka. Niekiedy bywało emocjonująco, np. gdy „siadało” jakieś ryzykowne zagranie za mnóstwo „demejdżu”, albo gdy udawało się upchać jeszcze jedno zastosowanie Dysonansu bez zamieniana naszej połówki mapy w mały Czarnobyl. Często jednak dochodziło do sytuacji, w której beznamiętnie wymieniałem się zwykłymi atakami i z wrogiem, nie mając za bardzo dużego wyboru (bo np. ustawili się w jednym rządku ograniczając wybór celu) co do dostępnych zagrywek, czekając aż łaskawie zdechnie. No nie wiem, może to ja nie ogarniałem jakiegoś taktycznego niuansu (a, i niech mi ktoś wytłumaczy dlaczego typkowie na np. -112 HP dalej żyją, bo albom tłuk, albo tutorial nic nie wspominał!), ale zerknąłem do neta na wrażenia innych graczy, i mieli podobne odczucia. Czasami Prodigy Tactics mnie więc po prostu nużyło, męczyło, i gdyby nie poczucie obowiązku to zwiałbym do nieco intensywniejszych tytułów czekających na mnie zaledwie o dwa-trzy kliknięcia dalej!

Tak jak mieszane uczucia mam co do systemu walki, to równie skonfundowany jest jeżeli chodzi o główny „selling point” którym chciano chyba przyciągnąć „casuali”, czyli grafikę i animacje walki. Śmiga to na UE4, wygląda zacnie, i animacje ataków też cieszą oko. Z tym, że może za pierwszym, drugim i trzecim razem, bo przy szóstym to już cholera człowieka bierze skoro każda postać ma tylko po jednej animacji na dany typ akcji (człek nie czuje kiedy rymuje!). Przyjacielem twym zatem szybko staje się przycisk przewijania tych efektownych ataków. No i człowiekowi szkoda tej ciężkiej pracy zespołu, który tak chciał ucieszyć nasze oko. Cóż jednak zrobić – ładne to, ale cholernie niepraktyczne.

A więc, co ja mam z tobą, Prodigy Tactics zrobić? To bardzo nierówny tytuł, który zapewne rozwinąłby skrzydła w pełni, gdyby ukazał się w swej pierwotne, figurkowo-elektronicznej formie. Obecnie zaś (tu zakładam, że przepadasz za taktycznymi rozkminami) to odpowiednik ładnej panny (ALBO PRZYSTOJNEGO FACETA, WCALE NIE DYSKRYMINUJĘ, SZACH MAT FEMINISTKI) na imprezie, który/a choć urodziwy/a, to jednak ma jakąś irytującą czy męczącą cechę, bądź manierę (np. brzydko jej/mu pachnie z lewej dziurki w nosie). Wieczór czy dwa spędzić można, ale czy jest szansa na bardziej długotrwały związek…?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *