Risen 3 okiem gothicofila

Wielkim fanem Gothica jestem, więc niejako z obowiązku musiałem lata temu ograć zarówno pierwszego, jak i drugiego Risena. Pierwszego kończyłem trzy razy, bo choć była to gra mocno średnia, to klimat Gothica czuć było na kilometr. Drugiego zaś, przeszedłem tylko raz, gdyż choć była to gra lepsza niż pierwsza część nowej trylogii Piranii, to klimatu znanego z kultowych wręcz Gothiców, delikatnie pisząc, było tam, jak na lekarstwo. Jak z kolei ma się sprawa gothicowej spuścizny w trzecim Risenie i czy fan poprzednich dokonań Piranii ma czego w tej grze szukać?

Perypetie nowej serii gier twórców Gothica są powszechnie znane. Pierwsza część i typowe, para średniowieczne fantasy z fabułą niewgniatającą może w fotel, ale ciekawie standardową pt. tytani, bogowie, wojna, władcy tytanów, straszne zło, które trzeba pokonać i bezimienny w samym oku cyklonu. Gra miała konstrukcję analogiczną do kultowych Gothiców, wyłączając cześć trzecią, była dość toporna w odbiorze, niemniej przyciągała przed monitor na długie godziny. Po latach Piranie stworzyły kontynuację, w której główny nacisk położono na klimaty pirackie, a głównymi postaciami niezależnymi uczyniono słynnego w świecie gry pirata oraz jego córkę. O ile stary pirat był typowym starym piratem-rozpustnikiem i przekonał mnie swoją płytką osobowością, o tyle jego córka była tylko nieudanym eksperymentem i niespecjalnie ciekawym zespoleniem cycków i pirackiego wdzianka. Sama gra z kolei skupiła się na ubiciu morskiego potwora oraz władczyni tytanów, której ten był pupilem. I to w zasadzie tyle. Jasne, klimat mógł się podobać, a podbijanie nowego świata i jego autochtonicznych mieszkańców, jakiś tam smaczek grze nadawało. Niestety jednak wszystko to było bardzo zdawkowe, proste i pozbawione polotu, a relatywnie słaby charakterologicznie główny bohater nie pomagał w zespojeniu całości.

Po pierwszych dwóch częściach RisenaPiranie poszły najpewniej po rozum do głowy i zdecydowały się połączyć w jakimś stopniu rozwiązania fabularne i klimat poprzednich części w najnowszej odsłonie serii. Mamy więc w trzecim Risenie wątki pirackie i tubylcze oraz obszary wpływów paraśredniowiecznego fantasy. Mamy dzielnych pirackich kapitanów, niedobitki inkwizycji, tubylczych szamanów oraz magów będących ledwo cieniem swoich potężnych przodków. Innymi słowy, Risen trzeci to naprawdę niezły miks. Co jednak najciekawsze to fakt, że mieszankę tę udało się na tyle dobrze zbalansować, a bogactwo wątków, motywów kulturowych i sfer klimatycznych scalić w tak spójną całość, że z każdą kolejną godziną gry, Risen coraz bardziej wciąga nas w swój świat. Mimo niedoróbek i typowych dla Piranii bugów, gra naprawdę ma w sobie odpowiednią dawkę tego czegoś, co sprawia, że nie możemy oderwać się od monitora.

Risen 3 to miks wielu, bardzo wielu rozwiązań znanych z poprzednich części. Niemniej nie wszystko w tej grze jest wtórną implementacją zużytego pomysłu. Czymś nowym jest choćby główny bohater, który jest synem Stalowobrodego, a więc i bratem Patty. Gość jest pirackim kapitanem i tęgim zawadiaką oraz pozbawionym imienia sztywniakiem o głosie przepitego wokalisty rockowego. I wiecie co? Na samym początku to nastawienie nowego bezimiennego, który jest bezimiennym mimo posiadania rodziny, znajomych i bujnej przeszłości, jest wybitnie irytujące. Niemniej, kiedy nasz bohater obrasta w piórka i na nowo uczy się, jak porządnie dać komuś po pysku, wtedy jego mroczny jak piekielne otchłanie głos, nawet daje radę. Bohater jest, więc sporym plusem najnowszego Risena, podobnie jak niektóre postacie niezależne. Radę daje Kostuch, nasz wierny kompan, a i Patty nie jest tak irytująca, jak w poprzedniej części serii. Poza nimi świetne, doskonałe wręcz są pojawiające się często w świecie gry gnomy (przezabawne stwory) oraz kilku przedstawicieli rozmaitych frakcji, do których możemy dołączyć. Nie tyle, więc głębia charakterologiczna, co różnorodność i wiarygodność przedstawień postaci niezależnych zasługują na pochwałę.

Kolejnym plusem gry jest jej modułowa konstrukcja. Spotykamy na swojej drodze kilka kluczowych zadań, których wykonanie pcha fabułę naprzód oraz musimy zjednać sobie wszystkie liczące się frakcje w świecie gry, by mieć realne szanse na ostateczny sukces. Rzecz jasna, do jednej z owych frakcji możemy, a wręcz musimy dołączyć. Brzmi jak stary, dobry Gothic? I dobrze, bo to sprawdzony sposób na kreację uniwersum tak, by było ono spójne i by gracz nie czuł się zagubionym w obliczu złożoności świata gry, jak miało to miejsce w trzecim Gothicu. Schemat gry oraz klimat żeń wynikający, dosłownie robią robotę. Mało tego, złożoność świata i różnorodność pojawiających się frakcji, doskonale wpływają na odbiór całości, gdyż każdy znajdzie coś dla siebie wśród różnych grup, mających różną charakterystykę i różne cele.

Okiem wiernego fana Gothica, za minus należy uznać niestety system walki oraz główny wątek fabularny. Ten pierwszy jest,  co prawda dość efektowny, ale średnio intuicyjny i nie daje mimo wszystko jakichś szczególnych możliwości łączenia ze sobą poszczególnych ciosów. Już nawet animacja walki z pierwszych Gothiców, choć o wiele uboższa, dawała więcej możliwości i pozwalała na wygodne pojedynki z kilkoma przeciwnikami naraz. W trzecim Risenie jest niestety inaczej i choć komuś może podobać się system pojedynków i zaskakująca, jak na Piranie płynność animacji, to mnie walka nie kupiła. Przyzwyczaiłem się do niej i po pewnym czasie nie stwarzała mi problemów, ale daleko mi było do pełni satysfakcji. Jeśli zaś idzie o fabułę, to nieźle prowadzona i często przeplatana naprawdę ciekawymi zadaniami, sama w sobie jest raczej słaba, mało interesująca, mało przekonująca. Ogólne wrażenie ratują trochę zwroty akcji, ale nie na tyle, by wynieść ją z pułapki zwykłej przeciętności.

Co jeszcze? Cóż, podobał mi się system rozwoju postaci. Był ciekawy, trochę inny i pozwalający z jednej strony na zwiększanie swoich atrybutów, z drugiej zaś na zależną od nich naukę nowych umiejętności. Na plus, gdyż nawet gdybym chciał zaimplementowania w grze mechaniki ze starych Gothiców, to sam muszę przyznać, że jest ona już zbyt archaiczna. Sympatycznym dodatkiem były także bitwy morskie, które choć wytłumaczone były kompletnie na odpieprz, pełniły funkcję pożądanej odskoczni od trudów egzystencji naszego bohatera. A no i statek! W grze mamy swój własny statek, a więc jesteśmy trochę jak komandor Shepard czy inny Jack Sparrow. Szkoda, że wpływ na naszą łajbę mamy mały, a kontakty z załogą nie obfitują w ciekawe interakcje, ale w grach Piranii po prostu nie można mieć wszystkiego. Gra jest też dość ładna, oferuje śliczne widoki i znośne modele postaci,  a do tego chodzi bardzo płynie.  To tyle, jeśli chodzi o graficzną stronę tytułu. Jest dobrze, ale bez szału.

Jak podsumować trzeciego Risena w opinii gothicofila? Cóż, to dobra gra i tytuł w który każdy fan, tak Gothica, jak i Risena wręcz musi zagrać. Powody ku temu, taki hipotetyczy gothicomaniak ma dwa. Po pierwsze, Risen to ciągle duchowy spadkobierca kultowej serii. Po drugie zaś, trzeci Risen to naprawdę zacny tytuł, który zyskuje przy bliższym poznaniu i oferuje kilkadziesiąt godzin dobrej zabawy. Kto, więc jeszcze nie grał, niech naprawi ten błąd, zwłaszcza że jakoś trzeba umilić sobie czas oczekiwania na trzeciego Wiedźmina.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *