Shadows of the Empire – gra, która wychodzi z cienia

Gra Star Wars: Shadows of the Empire, stworzona i wydana przez legendarne już studio LucasArts, została wypuszczona na Nintendo 64 w grudniu 1996 roku. Na poczciwym Windowsa 95 zawitała niecały dwanaście miesięcy później.

Aby zagrać w tę produkcję na systemach 64-bitowych przyszło graczom czekać „zaledwie” 20 lat. Sztuki tej dokonał GOG.com w roku 2016. Wielokrotnie czytałam o tej produkcji przed zagraniem. Zastanawiałam się wówczas, czy możliwe jest, aby pozycja z tak dużym stażem wciąż potrafiła przyciągnąć do siebie gracza rozpieszczonego dobrami współczesnego gamingu?

Cień Jedi

Pierwotnie Star Wars: Shadows of the Empire miało być poboczną historią na podstawie filmowego uniwersum. Niestety nie uzyskano pozwolenia na wykorzystanie postaci znanych z ekranu, dlatego głównym bohaterem został, pod wieloma względami przypominający Hana Solo, awanturnik i najemnik Dash Rendar. Postać pochodziła z klasycznych książek Star Wars, a jej wątłe powiązanie z filmami dało producentom więcej swobody przy tworzeniu gry. Oryginalnie była ona rozplanowana na 19 poziomów, co ostatecznie zredukowano do liczby 10.

Kiedy rozpoczynano pracę nad Shadows of the Empire, kultowa obecnie konsola Nintendo 64 nie była jeszcze dostępna. Dlatego też programiści użyli Silicon Graphics Onyx. Dopiero po upływie 18 miesięcy zespół otrzymał docelową maszynę. Ponoć przeniesienie gry z jednej platformy na drugą zajęło im trzy intensywne dni. Zanim produkcja podbiła rynek, zespół zyskał jeszcze trochę czasu na dopracowanie tytułu. Zapewniło mu to całkiem niezłą, jak na owe czasy popularność.

Star Wars: Shadows of the Empire było wówczas trzecią najlepiej sprzedającą się grą na przełomie lat 1996-1997. Pułap sprzedaży sięgnął 1 miliona kopii, choć recenzenci nie byli łaskawi dla tytułu tak, jak gracze. Wytykali zmienne poziomy, monotonię, a nawet… „mało angażującą perspektywę trzecioosobową”. A jak jest teraz?

Blask Imperium

Star Wars: Shadows of the Empire zaliczyć można do gatunku zręcznościowych przygodówek z elementami strzelanki. Zadaniem głównego bohatera jest ochronić Luka Skywalkera przed tajną organizacją Black Sun pod dowództwem księcia Xizora. Po drodze czeka nas szereg przygód, począwszy od potyczki na planecie Hoth, przez emocjonującą strzelaninę w labiryncie korytarzy, walki na skuterach, aż po kosmiczną bitwę. Shadows of the Empire zawiera wszystko to, za co pokochaliśmy gwiezdne wojny, czyli różnorodność i akcję, która porywa bez względu na wiek. W grze jest okazja do starcia z AT-AT, imperialnymi szturmowcami, myśliwcami TIE, a nawet z samym Boba Fett’em. Czasami będzie to klasyczny pojedynek na blastery, a innym razem wymagający lot z użyciem jetpack’a.

Wszystko to w dziesięciu odrębnych poziomach, które zajmują od kilku do kilkunastu minut. Czas zaliczenia etapu zależy od wprawności w sterowaniu i poziomu trudności, jaki wybierzemy. Jednocześnie należy pamiętać, że wszystko, co dobre szybko się kończy. Dołujące powiedzenie, ma swoje bezpośrednie odzwierciedlenie w grze Star Wars: Shadows of the Empire. Kampania nie zajmuje więcej niż trzy godziny.

Przeczy to powszechnemu twierdzeniu, że stare gry są dłuższe, co generalnie łatwo obalić nie tylko za pomocą Shadows of the Empire. Niepowalająca długość rozgrywki jednak nie umniejsza gameplayowi, który bardzo szybko wciąga i pozwala nam zapomnieć o tym, co najbardziej kłuje w oczy, czyli oprawie graficznej.

Nie ma, czego ukrywać. Wizualnie odstaje ona mocno od współczesnych standardów i z pewnością odrzuci osoby poszukujące graficznych wodotrysków. W trakcie rozgrywki najlepiej wyglądają poziomy, w których walczymy w kosmosie. Jeśli dotrzemy do rozdziałów, gdzie kierujemy głównym bohaterem… no cóż mam nadzieję, że wśród czytelniczek i czytelników znajdą się wielbiciele szerokich męskich i kanciastych ramion.

Na duży plus zaliczam jednak przerywniki filmowe. Wyróżniaj się one ładnym wykonaniem i jakością. Tak samo muzyka, która nie wykorzystywała popularnego wówczas formatu midi. Była to pełnoprawna ścieżka dźwiękowa skomponowana przez Joela McNeely’ego i nagrana z Royal Scottish National Orchestra.

Wbrew temu, co pisali krytycy przed dwudziestu laty, mnie osobiście zmienność poziomów bardzo przypadła do gustu, bo nie pozwala się nudzić i zabija rzekoma „monotonię” gry. Niemal każdy fan klasycznych Gwiezdnych Wojen powinien, czym się tu jak u siebie i wpisać tę grę na listę tytułów do obowiązkowego ogrania. Moc jest w tej grze silna i nie zmieni tego nawet upływ czasu.

Za udostępnienie gry dziękujemy GoG.com

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *