The Hong-Kong Massacre. Hotline Miami w sosie azjatyckim

 

Co to jest: turla się, ślizga i robi fikołki nie przestając pompować w zakapiorów tony ołowiu? Czyżby Max Payne wrócił z emeryturki? Nie, moi państwo, to bezimienny (CHYBA) bohater The Hong Kong Massacre, co za nic ma dwa rodzaje praw: prawa fizyki oraz prawo do sprawiedliwego procesu.

Fabuła The Hong Kong Massacre jest równie subtelna co tytuł: jako mściwy eks-policjant przeprowadzamy krucjatę-masakrę przeciw Triadom. Naszym orężem jest nie litera prawa oraz kajdanki, a zestaw gnatów po trafieniu z których oponenci fruwają niczym szmaciane lalki i gibkość, której nie powstydziłby się rozjuszony rezus. Historyjka zdaje się mieć ambicje, by nas intrygować tajemniczymi wstawkami okraszonymi złowróżbną muzą, ale przed osiągnięciem tego celu powstrzymują ją plastikowe modele postaci oraz sztampowe dialogi — tak w sumie to do końca nie jestem pewien kim był główny bohater, i z jakiej paki się tak uwziął na te biedne triady (o zemstę chyba chodziło).

Gdy zaczyna się demolka, wióry lecą aż miło.

Hotline Hong-Kong?

Triady masakrujemy w bardzo podobny sposób do tego, jak ponad pół dekady temu demolowaliśmy ruską mafię w Hotline Miami, czyli ganiając naszym chłopkiem z perspektywy lotu ptaka po labiryntach pomieszczeń. Tak jak w hiciorze od Dennaton, wszyscy zawodnicy biorący udział w rozpierdusze są bardzo krusi. Jedna kulka to wszystko co dzieli i nas, i oponentów od zamienia się w ragdolujące truchełko. W przeciwieństwie jednak do HM tutaj nie musimy opracowywać morderczego planu, który pozwoli wykosić w ciągu kilkudziesięciu sekund cały budynek pełen uzbrojonych po zęby gangsterów, gdyż w każdej chwili możemy spowolnić czas.

The Hong Kong Massacre czerpie bowiem pełnymi garściami z filmów Johna Woo, zatem wymianom ognia towarzyszą szaleńcze akrobacje. Nie tylko wyglądają one efektownie (gra dobiera animacje tak, by to w miarę sensownie wyglądało, czasem gościu ślizga się na dupsku po glebie, a czasem kręci w powietrzu gwiazdy), ale też zapewniają chwilową nieśmiertelność. Wywijanie hołubców to zatem jedyna opcja w momencie, gdy w nowym pomieszczeniu wita nas salwa z shotguna. Bullet-time ładuje się bardzo szybko (i odnawiają go udane zabójstwa — coś, o czym gra nie raczy wspomnieć), więc praktycznie każde starcie może wyglądać jak inscenizacja Matrixa dla ubogich.

Z cyklu cytaty polskich raperów: „jadę na dupie, bo jestem wesoły”.

Jakaż miła masakra

Połączenie bullet-time’u z opcją uniku sprawia, że gra nie jest specjalnie trudna — pomijając pierwszą serię etapów którą powtarzałem trzaskając challange’y by szybko udostępnić upgrade’y, większość leveli pękała za 2-3 razem. Bez problemu można wpadać do każdego pomieszczenia „na pałę”, w zwolnionym tempie wystrzeliwując całe watahy bandziorów. Twórcy postarali się, by wymiany ognia były „filmowe”, zatem kanonadom towarzyszą chmury tynku walącego się ze ścian, iskry oraz cała masa innego efektownego bajzlu atakującego zmysł wzroku w ilościach hurtowych. No i oczywiście hektolitry juchy tryskające z postrzelonych gości, fruwających przy postrzale na nierzadko komiczne wręcz dystanse.

Trup ściele się zatem gęsto i efektownie, ale tytuł ten uwiera trochę bolączek, niwelujących radochę z wyrzynania triady. Grzechem głównym jest nijaki design poziomów i generalna powtarzalność. Przebiłem się przez około 30 leveli i w zasadzie zlewają mi się wszystkie w jeden. Jakieś biura, dachy, restauracje, magazyny, albo miks wszystkiego powyższego. Brak tu myśli twórczej i pomysłu na tworzenie wyzwań wykraczających poza rzucaniem na nas całych hord bandziorów (albo dodawanie przy końcu gagatków co wytrzymują nie jeden, a dwa strzały). Uwiera również to, że poza samym strzelaniem, kierowanie mściwym zabijaką jest trochę mało „responsywne”: bullet-time zaskakuje jakby z lekkim opóźnieniem, uniki również wymagają pewnego przyzwyczajenia. Ogólnie rzecz biorąc, bez wykupionego upgrade’u przyspieszającego naszego herosa, miałem wrażenie, że łazi z — przepraszam za to mało wykwintne porównianie — z kupskiem w gaciach. No człapie jakoś tak niemrawo i pokracznie!

The Hong Kong Massacre to tytuł koniec końców przyjemny, ale dość „letni”. Strzela się miło, ale nie jest to gierka zapadająca na dłużej w pamięci. Wygłodniali fani Hotline Miami czekający na godnego następcę na pewno znajdą tu coś dla siebie, podobnie jak zwolennicy rąbania z dwóch gnatów w „sloł mołszyn”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *