Na pohybel szczurom – krwawy powrót do Vermintide

Oryginalny świat Warhammera Fantasy został przez Games Workshop (goniące za mamoną) dosłownie wysadzony w powietrze połączonymi siłami Chaosu i Skavenów. Truposza Starego Świata wciąż podtrzymują jednak świetne gry, które pozwalają przeżyć kolejne przygody w świecie którego już nie ma. Jedną z ciekawszych pozycji jest seria Vermintide odtwarzająca w co-opowej sieczce agonię Końca Czasów. Druga odsłona cyklu niedawno doczekała się ciekawego DLC.

Nad Vermintide 2 rozpływałem się tuż po jego premierze, zachwycając się mięsistym systemem walki pozwalającym odczuć każdy siarczysty raz zadawany hordom człekoszczurowatych Skavenów i ich chaotycznych ziomeczków. Wyrzynanie hord raz po raz na wciąż tych samych levelach może znudzić nawet i najtwardszych fanów grindowania sprzętu, dlatego po wbiciu prawie-że-najwyższego poziomu mocy postaci (mówiąc po ludzku: power levela) dla mojego ulubionego Foot Knighta, postanowiłem poczekać na zapowiadane już przy launchu DLC, by dobić do 600 poziomu już na nowych miejscówkach.

Niesławny księżyc nad Bogenhafen napędził mi stracha już chyba w 4. podstawówki przy turbo-szczeniackiej sesji w papierowego RPG. Na pierwszym planie: szczur co mu zaraz kark dupskiem wyjdzie.

W kupie siła

Fatshark obsuwę miał dość ostrą, bo z zapowiadanego DLC na przełomie maja/czerwca nagle zrobiła się sama końcówka sierpnia. Cóż, przez ten czas i tak bynajmniej na nudę nie narzekałem czy to szarpiąc w inne gierki, czy też udzielając się w życiu społecznym (czytaj: uczestnicząc w różnego rodzaju patologiach oraz libacjach). Gdy jednak Cienie nad Bogenhafen wreszcie zawitały do Vermintide 2, z miejsca wysupłałem z przetrzebionego wakacjami mieszka 30 złociszy z hakiem i ruszyłem do mającej ukryty problem z chaotyczną korupcją metropolii.

Na fanów grupowego rżnięcia fanatyków spod znaku Nurgle’a i Rogatego Szczura czekają dwie nowe eskapady, podczas których zrobią kuku całym setkom znanych im dobrze plugawców. Cienie Nad Bogenhafen nie wprowadzają niestety żadnych nowych rodzajów przeciwników, nie pokuszono się też nawet o stworzenie odpowiednio przypakowanego „szefa”, którego ubicie wieńczyłoby tę dylogię. Chłopcy i dziewczęta z Fatshark nadrabiają jednak brak nowego mięcha armatniego pomysłami na scenariusze wymagające od drużyny pełnej współpracy. W pierwszej misji przykładowo za efektowny finał, który tradycyjnie jest kulminacją danego levela robi obrona podpalonego spichlerza z zatrutym żarciem. Spichlerz bronimy od środka pomimo rozprzestrzeniającego się dymu i płomieni (tak, też uważam, że to bardzo ciekawa taktyka), i niczym w CoDowych zombiesach tudzież innych survivalach możemy barykadować okna przed wdzierającymi się masami kudłatych i nurglowatych popaprańców. Jako że trafiłem na podobnych mi na maksa wylevlowanych postaci (no i graliśmy na „byle” weteranie), dość szybko opanowaliśmy sytuację – drużynowy krasnal walił przez barykadę zaporowym ogniem z miotacza ognia, ja szatkowałem halabardą niedobitki którym udało się wedrzeć do środka, podczas gdy czarodziejka z elfką kryły drugą część budynku. Pomyślałem sobie nawet, kurde to trochę za proste, by po chwili spostrzec się, że druga część barykady jest przerwana, a dwie niewiasty typu „glass cannon” leżą na glebie butowane w stylu osiłków spod hasła ARKA GDYNIA KRÓWKA ŚWINIA (czy jakoś tak). Gdyby nie moja załadowana szarża Sir Krubera, to nie wiem czy nie zakończylibyśmy rozgrywki na tym etapie.

Zabudowa miasta jest karykaturalnie wyolbrzymiona i lekko powykręcana. Kojarzy mi się z Londynem z „drugiej” Alicji, a to oczywiście komplement!

Współpracuj, albo zdychaj!

Albo inny patent – pierwsza ¼ drugiego etapu w Bogenhafen to wędrówka przez całkowicie ciemne kanały. Mrok rozświetlają tylko dwie pochodnie niesione przez członków ekipy, ale ten kto dzierży pochodnie może zapomnieć o jakiejkolwiek ofensywie wykraczającej poza rozpaczliwe opędzanie się kawałkiem dechy. O podróży bez żagwi płonącej jednak nie ma mowy – ciemność w kanałach nie jest typu „Hollywoodzkiego” (czyli niebieski filtr sugerujący KURKA, PÓŹNO JUŻ JEST), tylko absolutny mrok choćby oko wykol! Trzeba trzymać się zatem w kupie, co stanowi znakomity bicz na wszystkich samozwańczych speedrunnerów, co biegną zawsze 100 metrów przed resztą ekipy, a gdy wreszcie (AI director jest tu bardzo wredny) przyszpili ich do gleby odpowiednik znanego z L4D Huntera piszą „FUCKIN NOOB TEAM U SUCK”, i ragequitują by wkurwiać inną drużynę. W kanałach Bogenhafen nawet najtwardszy Vermintidowy Rambo skapituluje w samotności, padając pod nawałnicą szczurzych pazurów, kijaszków i innych nieprzyjemnostek (P. S. wiecie że Warhammer Fantasy istnieje specjalna jednostka – bodajże skavenów – tłukąca wrogów jeszcze żywymi krasnoludami wykorzystywanymi w charakterze makabrycznych kiścieni? Chore gówno!).

Design leveli zatem jest pierwsza klasa – są długie, ale ciekawe, a w związku czasem ich trwania za ukończenie zgarniamy nie jedną skrzynię, a dwie. Pod tym względem są zatem to dobrze wydane trzy dyszki (z lekkim hakiem) – oczywiście jeżeli Vermintide 2 przypadło nam do gustu. Szkoda natomiast, że nie pokuszono się o dodanie nowych broni, czy też choćby jednego bossa bądź elitę, która wyróżniałaby tę miejscówkę. Łowców sprzętu natomiast ucieszą pewnie nowe wyzwania oraz księgi i zaklęte grymuary poukrywane w naprawdę chytry sposób (by znaleźć jeden z nich trzeba na przykład przenieść beczkę z oddalonego miejsca i wysadzić nią stojący niepozornie wóz – jak na to ludziska wpadli już w dzień po premierze to nie ogarnę nigdy!). Nie jest to zatem DLC zawierające całą masę nowej zawartości (czy mówiłem już, że nienawidzę tego słowa?), ale jako niedrogi pretekst do powrotu do „Cholernej Piątki Z Ubersreik” sprawdza się znakomicie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *