Recenzja komiksu Conan: Narodziny Ledendy

Droga od groszowych pism po srebrny ekran usłana była dziesiątkami wydań komiksowych. Dziś polski czytelnik ma szansę zapoznać się z wizją Conana według Marvela i Dark Horse Comics.

Zdrowa konkurencja na rynku, to coś, co każdy konsument przyjmie z otwartymi ramionami. Na rodzimej scenie komiksowej jest coraz ciaśniej, dlatego wydawnictwa prężą muskuły eksplorując obszary dotąd im nieznane. Tym samy maszyna wydawnicza Egmontu nabrała jeszcze większego rozmachu. Do końca roku ilość nowych pozycji oraz kontynuacji już rozpoczętych serii przyprawia o zawrót głowy. Wśród bogatej oferty swoje miejsce znalazł Conan według scenariusza Kurta Busieka.

Nutka nostalgii

Conan Barbarzyńca to jedna ze starszych postaci wykreowany przez amerykańską popkulturę. Jego twórca Robert E. Howard zaraz po zdaniu matury w 1925 roku podjął się pisania historii dla groszowych pism, zwanymi także pulpowymi. Nasz Cymeryjczyk debiutuje w 1932 na łamach „Weird Tales”od razu zyskując sympatię czytelników. Pierwsze opowiadanie zawierało wszystkie elementy, za które cenimy Conana: walkę, przygodę, magię, szczyptę polityki oraz rozważania filozoficzne Howarda o triumfie dzikości nad cywilizacją.

 

Komiksowy Conan pojawi się pierwszy raz w 1958 roku, ale to późniejsze wydania Marvela zapisały się szeroką kartą w historii. Na początku lat 60. czytelnicy zalewali prośbami „Dom Pomysłów” o przeniesienie bohaterów groszowych pism na łamy historii obrazkowych. Niestety nie wierzono w powodzenie Cymeryjczyka, dlatego na swoją kolej musiał poczekać jeszcze kilka długich lat. Dopiero na początku lat 70. zagościł w czarno-białym piśmie „Savage Tales” pod czujnym okiem Marvela.

Różnorodność to podstawa

Od 1971 roku Conan stanowi część ramówki Marvela i doczekał się nawet własnych niezależnych zeszytów. Pierwszym rysownikiem, który przestawił przygody barbarzyńcy był Brytyjczyk Barry Windsor-Smith. Powinniście kojarzyć jego nazwisko za tytuł Weapon-X wydany u nas w pierwszej połowie lat 90., a całkiem niedawno odświeżonego przez Wielką Kolekcję Komiksów Marvela. Rzecz jasna z czasem grono scenarzystów i artystów pracujących nad Conanem ulegało zmianie, czego najlepszym dowodem może być kilka zeszytów wydanych w Polsce w 1990 roku przez AS Editor.

Wydawnictwo Hachette zdołało sporo namieszać na rodzimej scenie komiksowej. Pod jej szyldem ukazują się dwie serie Marvela, a za chwilę zobaczymy również odświeżone Transformers. Na początku tego roku pojawił się w ofercie klasyczny Conan Barbarzyńca, zyskując dość spore zainteresowanie. Nie mając litości dla naszych portfeli za ciosem postanowił pójść także Egmont, odpowiedzialny za sporą część ukazujących się na naszym rynku pozycji komiksowych. Dzięki temu mamy szansę zobaczyć jak wygląda reinkarnacja klasycznych przygód w nowoczesnej formie publikowanej po 2000 roku przez Dark Horse Comics.

Conan pisany na nowo

Tytuł sygnowany logiem Dark Horse uchodzi za najlepszą adaptację historii pisanych przez Roberta E. Howarda. Prace nad komisem powierzono dwóm laureatom prestiżowej nagrody Eisnera – Kurt Busiek i Cary Nord. Scenarzysta Busiek podszedł do swojego zadania dość odważnie, starając się jak najbardziej wzbogacić obraz ery hyboryjskiej. Na tapetę wzięto klasyczne przygody, dlatego zobaczymy między innymi epizod poświęcony córce lodowego olbrzyma, który mieliśmy okazję przeczytać w pierwszym numerze kolekcji Hachette. Jednakże między klasyką znajdziemy zupełnie nowe obszerniejsze opowieści, mające na celu wykreowania jeszcze bujniejszego i spójnego świata.

W pierwszym tomie przede wszystkim zobaczymy dzieciństwo i młodość Conana dorastającego wśród gór oraz lasów mrocznej Cymeri. Zafascynowany opowieściami swojego dziadka, a także później zmuszony zrządzeniem losu nasz bohater wyrusza w długą podróż po świecie. W pierwszej księdze przeczytamy o wojnie z Vanirami, spotkaniu z zabójczynią Janissą czy wreszcie o starciu z magiem Thoth-Amonem – późniejszym głównym przeciwnikiem Conana. Całości nieodpartego uroku nadają ilustracje przygotowane przez Cary’ego Norda i innych rysowników, a także kolorystyka naniesiona ręką Dave’a Stewarta.

Komiks wydany przez Egmont tani nie jest, ale miejcie na uwadze, że otrzymujemy omnibus – wydanie zbiorcze obejmujące przygody publikowane w zeszytach #0–15, #23, #32 oraz #45–46. Innymi słowy czytelnik ma przed sobą lekturę 460 stron drukowanych na papierze kredowym w formacie 170×260 mm. Całość chroni twarda okładka i trudno tomowi zatytułowanemu „Narodziny Legendy” zarzucić jakieś poważne niedociągnięcia techniczne. Na półce prezentuje się zacnie.

Słowem podsumowania

Fani przygód Conana Barbarzyńcy mają powody do zadowolenia i lamentu. Otrzymali w tym samym roku dwie solidne oferty komiksowe, ale jednocześnie nadążenie za kolejnymi publikacjami wymaga odczuwalnego uszczuplenia konta bankowego.

„Narodziny Legendy” to bardzo spójna propozycja dla czytelników. Jest to klasyczny Conan uzupełniony o współczesny warsztat komiksowy cechujący się zupełnie nową estetyką. Udało się jednak zachować specyficzny klimat pierwowzoru. Poznajemy naszego bohatera od samego początku. Obserwujemy nie tylko przemianę psychiczną i charakteru, ale i ewolucję całej sylwetki postaci. Jednocześnie typowe elementy oryginalnych historii wciąż stanowią rdzeń nowej historii: brutalne pojedynki i bitwy, przygoda, przemierzanie malowniczych krain a także liczne odwołania do polityki oraz filozofii. Jednym słowem jest to klasyka spod znaku miecza i magii w najbardziej kompletnym wydaniu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *