Recenzja komiksu Nieskończony Kryzys

Komiksowe światy cyklicznie wstrząsają wielkie wydarzenia, jednak jak dotąd nic nie przerosło rozmachu Kryzysu na Nieskończonych Ziemiach. Dwadzieścia lat później ta wyjątkowa historia doczekała się kontynuacji.

Ktoś mądry powiedział, że komiksowych światom należy robić lewatywę, co mniej więcej dziesięć lat. W ten sposób należy uwolnić je od balastu wcześniejszych historii robiąc przestrzeń na zupełnie nowe fabuły. Strategia ta ma również na celu obrócenie słabości w zaletę, jak słusznie zauważył Kamil Śmiałkowski. Dziś czytelnicy przyzwyczajeni są do drastycznych zmian kursu swoich ulubionych uniwersów, ale trzydzieści lat temu było to wydarzenie bezprecedensowe.

Fundamentalna różnica

Czym różni się Marvel od DC? Zapewne wymienicie wiele cech odróżniających światy wykreowane przez oba wydawnictwa, ale założę się, że nikt nie wskazał „filozofii” jaką kierują się przy całym procesie twórczym. Mówiąc filozofię oczywiście mam na myśli politykę całego wydawnictwa. Otóż, gdy świat Marvela od lat 60. nabierał coraz większego rozmachu nad scenarzystami trzymano pieczę, aby ich historie sensownie zazębiały się, tworząc tak spójny i linearny świat. Natomiast w DC Comics takich wytycznych nie było, dlatego powstawało coraz więcej fabuł kłócących się wzajemnie.

Sprytne głowy wybrnęły z tej sytuacji lansując teorię alternatywnych światów. Istniała więcej niż jedna Ziemia, a czasami losy bohaterów z równoległych rzeczywistości przenikały się wzajemnie. Problem w tym, że po czasie spowodowało to jeszcze większy chaos, wprowadzając dalece idącą dezorientację szczególnie wśród młodszych czytelników. O skali problemu świadczy fakt, iż czasem nawet sami scenarzyści nie łapali się w tym bezkresnym mętliku pomysłów nawarstwianych przez cztery dekady.

Tak powstał pomysł wielkiego kryzysu na równoległych wszechświatach, zapowiedzianego na konwencie w 1981 roku. Zbieranie materiałów i przygotowanie epickiego wydarzenia trwało kolejne cztery lata, aż komiks wydano w 1985 roku. Zadania podjęli się Marv Wolfman i George Pérez, tworząc przewrotną historię o krucjacie Antymonitora niszczącego kolejne światy i bohaterach, którzy postanowili powstrzymać go za wszelką cenę.

Hulaj duszo!

Komiks Kryzys na Nieskończonych Ziemiach solidnie wstrząsnął fanami DC Comics. W tej dość zręcznie utkanej historii widzimy wydarzenia na skalę kosmiczną, gdzie scenarzysta Marv Wolfman wymazując kolejne światy wprowadza czytelnika w stan dalece posuniętej niepewności. Czy herosi faktycznie będą w stanie przeciwstawić się wręcz boskiej mocy? Ukłony należą się także rysownikowi George’owi Pérezowi, ponieważ sztuką jest pomieszczenie na kadrach tak różnorodnej i ogromnej ilości bohaterów. Ostatecznie Kryzys został zażegnany, ale z kosmicznej katastrofy ocalała tylko jedna Ziemia, a nowe pokolenie scenarzystów przysiadło do tworzenia następnych historii.

Ilość pomysłów stanowczo przerastała możliwości jednej Ziemi. Nie trzeba było czekać długo na kolejny mętlik fabularny, co oczywiście zbliżało nas nieuchronnie do kolejnego „resetu”. Redaktor naczelny DC Comics Dan Didio wspomina, że wraz ze nadchodzącą dwudziestą rocznicą Wielkiego Kryzysu w głowach rodził się pomysł należytego upamiętnienia tego wydarzenia. Po kilku nieprzespanych nocach i żarliwych dyskusjach włodarze wydawnictwa doszli do wniosku, iż warto zaproponować kontynuację – swoistą konkluzję kosmicznej katastrofy z 1985 roku. Zadanie powierzono Geoffowi Johnsowi i Philowi Jimenezowi. Maszyna wydawnicza poszła w ruch, a seria mniejszych opowieści miała przygotować fanów na kolejną rewolucję. Wkrótce potem całe uniwersum nabierze większego rozmachu, a nowa gwardia scenarzystów i rysowników zbliży nas do wydarzenia Flash Point, serii New 52 i oczywiście najnowszej inicjatywy Odrodzenie. Ale to już opowieść na inny raz.

Nieskończony Kryzys

Polskim czytelnikom komiksu seria wydawnicza „DC Deluxe”, ukazująca się pod szyldem Egmontu, jest pewnie dobrze znana. To właśnie dzięki niej mieliśmy okazję przeczytać najbardziej zasłużone historie wydane przez amerykańskiego pioniera superbohaterskiego komiksu. Do rąk dostaliśmy takie perełki jak choćby Czerwonego Syna, Wonder Woman autorstwa Grega Rucki i oczywiście Kryzys na Nieskończonych Ziemiach.

Nic więc dziwnego, że w poczet tych komiksów wliczono Nieskończony Kryzys. Wydając okrągłe sto złotych do rąk otrzymujemy wydany na dużym formacie komiks, zabezpieczony przez twardą oprawę i elegancką obwolutę. W środku mamy przeszło 260 stron historii wzbogaconej o wstęp redaktora naczelnego DC Comics i odpowiednie posłowie rodzimego znawcy kultury obrazkowej. Całość wydrukowano na papierze kredowym, przy zachowaniu odpowiedniej jakości, dzięki czemu udało się utrzymać należyty poziom „wizualnego dopieszczenia”. Odnosiłem przez pewien czas wrażenie, że jednak do tej historii ze względu na styl rysunków pasowałby zwykły papier, ale to pewien niuans wynikający z czytelniczych przyzwyczajeń i nie należy odczytywać go jako minus.

Scenarzysta Geoff Johns stanął przed trudnym zadaniem rozwinięcia historii, która wydawała się być zamkniętym rozdziałem dla wydawnictwa. Wymusiło to oczywiście rozbicie opowieści Wolfmana na części pierwsze, a następnie odszukania wątków nadających się do dalszego rozwinięcia. Te oczywiście były i tylko należało sensownie pchnąć fabułę unikając kopiowania utartych schematów. Łatwego zadania nie miał także główny rysownik Phil Jimenez, ponieważ na jego barkach spoczęła odpowiedzialność odpowiedniego wygospodarowania przestrzeni dla całkiem sporej gromadki herosów. Warto jednak jeszcze wspomnieć, że przy całym projekcie maczał palce również George Pérez – jeden z architektów pierwotnego Kryzysu.

Kolekcjonerski rarytas?

Nie sposób zarysować fabuły bez zdradzania, co ciekawszych smaczków, dlatego skupię się na ogólnikach. Do lektury podszedłem bardzo ostrożnie, a ostatecznie otrzymałem bardzo dojrzałą i mroczną narrację. Scenariusz nie biegnie na złamanie karku do przodu, a twórcy oszczędnie serwują mocne zwroty akcji, choć tych oczywiście nie brakuje w drugiej części komiksu. Kilka razy zdarzyło mi się powiedzieć „wow!”, a nutka nostalgii potęgowała zaintrygowanie komiksem. Artystycznie przypomina on mocno linię wydawniczą DC Comics z przełomu lat 80. i 90., dlatego tym bardziej pasuje, jako rozwinięcie pierwotnego Kryzysu na Nieskończonych Ziemiach.

Faktycznie zdarzyło się kilka razy podrapać po głowie, ale wynika to głównie z konieczności odświeżenia sobie kilku wątków z tego uniwersum. Lektura jest spora, to też nie spodziewajcie się, że połkniecie ją w jedno popołudnie. Szkoda zresztą tak na szybko przelecieć przez całą historię. Nowicjuszy uspakajam – nie ma aż takiej konieczności, by sięgać po pierwowzór Kryzysu. Wiele kluczowych wątków zarysowano bardzo jasno dając czytelnikowi spójny i przejrzysty obraz. Niemniej zachęcam, aby przeczytać wcześniejszą historię, bo wtedy otrzymamy pełniejszy obraz. Nieskończony Kryzys posiada względnie otwarte zakończenie, ale główne danie jest na tyle konkretne, że nie odczujecie niedosytu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *