Recenzja komiksu Powstanie i upadek Imperium Shi’ar

Recenzowany album to koronny przykład, iż nie warto wyłącznie kierować się znanymi nazwiskami przy wyborze lektury. Wygląda, bowiem na to, że kontynuacja Morderczej Genezy przemówi do wyobraźni głównie zagorzałych fanów mutantów Marvela.

Ed Brubaker to jednej z najbardziej znanych scenarzystów komiksowych. Miłośnicy Marvela cenią go choćby za przygody Kapitana Ameryki, natomiast czytelniczy Image przywołają znakomite Fatale. W wydanej przeszło półtora roku temu pozycji zatytułowanej „Mordercza Geneza” Brubaker starał się dopisać nowe wątki do już kanonicznej opowieści X-Men z 1975 roku. Chodzi oczywiście o Giant Size X-Men #1, w którym to poznaliśmy między innymi Storm i Wolverine’a. Tym o to sposobem komiks sprzed czterech dekad miał zazębić się z dużo młodszą opowieścią zatytułowaną „Ród M”. Wszystkie te wątki oczywiście stanowią preludium do przyszłej wojny o imperium Shi’ar.

Zemsta najlepiej smakuje na zimno

Raz jeszcze wróćmy do 1975 roku. Profesor X wysyła nowo zwerbowanych mutantów, aby ci uratowali z śmiertelnej pułapki oryginalny zespół X-Men uwieziony na tajemniczej wyspie Krakoa. Tak poznaliśmy bohaterów, bez których dziś nie wyobrażamy sobie szkoły Xaviera. Ed Brubaker do tej fabuły dopisał wątek o jeszcze jednej, wcześniejszej wyprawie ratunkowej, która skończyła się totalnym fiaskiem. Wysłany zespół poległ w walce, a wspomnienia o tym zdarzeniu telepata wymazał z pamięci swoich uczniów. Miał ku temu dość ważny powód, ponieważ w fatalnej misji brał udział młodszy brat Scotta Summersa o imieniu Dawid. Jego osoba stanowi klucz do nowej opowieści, w której stawką jest imperium Shi’ar.

Nie wchodząc w detale, a żeby nie zepsuć lektury, w dużym skrócie zaznaczę tylko, że Dawid wraca do życia. Robi to z przytupem, ponieważ w przeciwieństwie do swoich braci posiada teraz moc poziomu Omega. Jednym słowem ma wystarczająco dużo siły, aby położyć na łopatki cały zespół Avengers i zniszczyć przy okazji kilka światów. Jego wcześniejsze losy do najłatwiejszych nie należały, bowiem urodził się poza Ziemią w niewoli. Po powrocie na ojczystą planetę zostaje zwerbowany przez Xaviera, który niestety wysyła go na samobójczą misję. Fakt wymazania z pamięci osób trzecich tych wydarzeń, stawia profesora X na pierwszym miejscu czarnej listy. Innymi słowy, Dawid pragnie zemsty i jego fiksacja na tym punkcie przypomina wręcz maniakalny obłęd. Gdy już posprząta na Ziemi wyruszy w gwiazdy, celem wymierzenia kary swoim wcześniejszym ciemiężycielom – rasie Shi’ar.

A miało być tak pięknie

Po tym dość lakonicznym nakreśleniu ogólnej fabuły komiksu pora przejść do konkretów. Ed Brubaker to scenarzysta znany z kreowania wielowątkowych i bogatych w detale fabuł. Co więcej, jak nikt inny potrafi zarysować ciekawe pierwszoplanowe postacie oraz ich otoczenie. Niestety, sceneria zdominowana przez kilka równie istotnych oraz rozpoznawalnych sylwetek już mu nie wychodzi. Tym samym Brubaker stał się kolejnym autorem niemającym większego pomysłu na X-Men. W założeniu mieliśmy otrzymać komiks o zemście, która stanie się kołem zamachowym wielkich przemian w galaktycznym imperium. Wszakże Shi’ar jest cieniem dawnego siebie, a polityczne przepychanki zdaje się nie mieć końca. Do tego dochodzi desperacka próba Xaviera, który stara się naprawić błędy przeszłości. W teorii mamy, więc dość solidny materiał na przejmującą opowieść. Co poszło nie tak?

Jak na dłoni widać, że Brubaker nie wiedział, co począć z niektórymi postaciami. Upchani w kadry czasem na siłę ograniczają się do kilku prostych dialogów, nie wnosząc nic ciekawego do opowieść. Jednocześnie rzucanie coraz to nowych kłód pod nogi profesora X, sprawia wrażenie, jakoby wyrządzenie tej postaci bólu na wszelkie możliwe sposoby ma pełnić rolę pokuty. Zagrywka zdecydowanie poniżej standardów scenarzysty tego kalibru. Największym rozczarowaniem jest jednak główny antagonista. Jest to kolejny przeciwnik, który intelektualną płaszczyznę nadrabia mocą wykraczającą poza wszelką skalę. Zasadniczo mentalność Dawida przypomina bardziej rozkapryszonego nastolatka, aniżeli osobnika planującego powalić na kolana całe imperium. W sumie „intryga” sprowadza się do głośnego wejścia kopniakiem przez frontowe drzwi w myśl zasady: najpierw strzelam, później pytam. Jedynym słowem Dawid, znany także jako Vulcan, jest nudnym do szpiku kości antagonistą.

Jasne strony?

„Powstanie i upadek Imperium Shi’ar” to wręcz podręcznikowy Marvel z gatunku superbohaterów. Niezwykle efektowny od strony wizualnej, bo w końcu Billy Tan i Clayton Henry wykonali kawał dobrej roboty, ale pod płaszczem licznych potyczek i wybuchów nie kryje się żadna wartość dodana. Obok „Powrotu do Domu” Czarnej Wdowy lub Kapitana Ameryki z „Ultimate Comics” opisana pozycja nie jest nawet w stanie stanąć.

Oczywiście nie jest jednak aż tak źle, bowiem słowa krytyki padają z ust człowieka, który superhero zna nie od dziś. Wiele widziałem i wiele czytałem, to też coraz trudniej zadowolić wyśrubowane oczekiwania. Zrecenzowany komiks wizualnie a także pod względem akcji broni się bardzo dobrze, a zatem dostarcza dość lekko strawnej oraz łatwej do przyswojenia rozrywki. Nowicjusze mogą spokojnie po niego sięgnąć, dzięki czemu trochę poszerzą swoją wiedzę o genezie niektórych postaci. O ile dodatkowo wcześniej przeczytają „Morderczą Genezę”. Fani X-Men, mimo pewnych obaw, pewnie już przytulili własny egzemplarz, bo wszakże żywot kolekcjonera nie pozwala przejść obojętnie obok rodzimych wydań zbiorczych. Szczególnie, jeśli są one wydane tak porządnie, w czym zasadniczo Egmont rzadko rozczarowuje.

Za udostępnienie komiksu dziękujemy wydawcy Egmont

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *