Recenzja komiksu Śmierć Wolverine’a

Śmierć herosów, tych spod znaku Marvel i DC, nie jest niczym nadzwyczajnym. Sprawa nabiera wyjątkowego charakteru dopiero, gdy na tapetę bierzemy postać wręcz kultową, wokół której zbudowano sukces uniwersum. Taką sylwetką jest choćby Wolverine.

James Howlett, znany również pod imieniem Logan, wiódł długie życie, pełne wzlotów i upadków. Odkąd zadebiutował prawie 40 lat temu obok Niesamowitego Hulka z miejsca zyskał sympatię czytelników. Później, jako członek X-Man pod skrzydłami różnych scenarzystów i rysowników, odsłaniał kolejne skrawki swojej przeszłości. Wiele komiksów z jego udziałem zapisało się w historii wydawnictwa Marvel wielkimi literami. Dlatego ostatnie dni słynnego Wolverine’a wydają się gigantycznym wyzwaniem do zrealizowania.

Opowiem ci jak żył…

Usiądźcie i zastanówcie się, jakie postacie dla Marvela są najważniejsze, jeśli idzie o rozpoznawalność całego uniwersum? Jeśli wierzyć wszelkim rankingom, na szczycie znajdą się dwie osoby – Spider-Man i Wolverine. Szczególnie ta druga sylwetka budzi wielkie emocje i zainteresowanie, bowiem chyba nie ma lepszego materiału do tworzenia kolejnych scenariuszy, jak mutant o nieograniczonych mocach regeneracyjnych, mętnej przeszłości i żywocie tak długim, że starczyłoby go dla wszystkich członków X-Men.

Na stronach Weapon X poznaliśmy tajemnicę stojącą za szponami z adamantium, zaś sześciozeszytowa historia Origin opublikowana w 2001 roku cofnęła nas do dzieciństwa Logana, gdy nazywał się James Howlett. Całość rozgrywała się w XIX wieku, co rzucało nieco światła na ile lat faktycznie może mieć zadziorny mutant.

Takich perełek było znacznie więcej, zaś niektórzy scenarzyści wykorzystując czynnik regeneracji, przenosili swoje opowieści w nieco odleglejszą przyszłości, gdy X-Men byli już niczym więcej, jak tylko wspomnieniem. Podobną ścieżkę obrał James Mangold podczas tworzenia zeszłorocznego filmu Logan: Wolverine, choć ostateczne pożegnanie Hugh Jackmana z odgrywaną przez niego postacią znajduje finał w śmierci Wolverina. Generalnie obraz, jaki przyszło nam zobaczyć w kinach można ocenić, jako jedną z najlepszych, jeśli nie najlepszą ekranizację komiksu. A jak wypada finał Jamesa Howletta w komiksie opublikowanym przez Egmont?

Ostatnie dni Logana

Na chwilę przed publikacją recenzowanego komiksu mieliśmy do czynienia z krótką, dwuzeszytową historią Trzy miesiące do śmierci Paula Cornella, która wzbudziła umiarkowany entuzjazm. Na szczęście nie wiąże się ona z komiksem Charlesa Soule’a, co stanowi dobrą nowinę szczególnie dla nowicjuszy obrazkowego medium. Unikną oni niepotrzebnego mętliku i wydawania dodatkowych funduszy.

Sam album Śmierć Wolverine’a, szczególnie jeśli wychodzę z pozycji fana tej postaci, jest diabelnie trudnym materiałem do obiektywnego zrecenzowania. Czytelnik otrzymuje do rąk coś na miarę one-shota, gdzie zebrane epizody zdołały uformować zwarty tomik nieprzekraczający grubości, do jakiej zdążyły nas przyzwyczaić Marvel Now! Z jednej strony, daje to nam lekturę za rozsądny pieniądz, możliwą do przeczytania w jedno, no może dwa popołudnia. Nowicjusze mogą mieć powody do zadowolenia, natomiast staży wyjadacze pokręcą głową. Jak można tak „skompresować” prawdopodobnie jedno z najważniejszych wydarzeń Marvela z ostatnich lat i oczekiwać, że uda się utrzymać przyzwoity poziom? Wolverine to nie (z całym szacunkiem dla tych postaci) Hawkaye czy Iron Fist, czyli herosi drugiego rzędu, którzy byli już uśmiercani, ale ostatecznie i tak powracali do życia.

Scenarzysta opisywanego komiksu miał już nieco łatwiejsze zadanie, bowiem od dłuższego czasu Logan borykał się z brakiem czynnika gojącego. Heros, który mógł wyleczyć praktycznie każdą ranę, walcząc przez to za każdym razem, jakby nie było jutra teraz miał stanowczo pod górę. Perspektywa śmiertelności nie wygląda tak ciekawie, szczególnie, gdy ktoś wyznacza za twoją głowę nagrodę. I tak jest w tym przypadku. Wszystkie najgorsze szumowiny od AIM, Hydry i innych dawnych adwersarzy Wolverine’a rozpoczynają polowanie na Rosomaka. Oczywiście nie oznacza to, że będzie łatwo i przyjemnie, bowiem nasz staruszek nie podda się aż do samego końca. Słowem trup ścieli się gęsto.

Lektura traktuje nie tylko o tytułowym Wolverine. To także okazja do ponownego spotkania postaci, które w różny sposób ukształtowały Logana. Zanim nasz bohater odkryje prawdę stojącą za zleceniami, ponownie skrzyżuje swoje szpony z Sabretooth’em i Lady Deathstrike; dowiemy się nieco więcej, kim jest Ogun, a także okaże się, że Wolverine miał żonę (którą z kolei?) powiązaną z Hydrą i Dłonią. Rzecz jasna na jego drodze staną nie tylko czarne charaktery, bo gościnnie wystąpi również członkini X-Man o pseudonimie Shadowcat. Natężenie ciekawych postaci na centymetr kwadratowy strony jest nietypowo silne, ale problem w tym, iż większość spotkań ma wymiar powierzchowny. Komiks nie jest opasłą lekturą, dlatego w konsekwencji pojedynki trwają zaledwie kilka kadrów. Niemniej dużą zaletą są zręcznie prowadzone dialogi, które potrafiły zatuszować pewne niedociągnięcia.

Śmierć Wolverine’a

Zanim Logan spotka swój koniec przyjdzie mu odwiedzić między innymi Madripoor oraz Japonię, a przedstawione pejzaże łapią uwagę czytelnika z miejsca. Od strony poziomu ilustracji komiks stoi na wysokim poziomie. Nad całością pracował Steve McNiven, mający doświadczenie z serią Strażnicy Galaktyki, choć niektórzy powinni kojarzyć go również za album Staruszek Logan.

Jak można zatem podsumować komiks Śmierć Wolverine’a? Mimo dość szybkiego „rozprawienia” się z tematem, oraz pewnych niedociągnięć w scenariuszu, wynikających z galopującego tempa, lektura ostatecznie przyciąga. Czyta się ją przyjemnie, potrafi wciągnąć, głównie dzięki zawarciu kilku smaczków uzupełniających wiedzę o Loganie. Z początku myślałem, że album ten mnie całkowicie odrzuci, ale ostatecznie okazało się wręcz odwrotnie – komiks zdołał zaciekawić i pewnie nie raz jeszcze za niego chwycę.

A co, ze śmiercią herosa? Natura nie znosi pustki, dlatego w miejsce Rosomaka weszła bohaterka będąca klonem awanturniczego mutanta. Niemniej, jak się pewnie domyślacie, stan śmierci w świecie komiksu permanentnym wyrokiem nie jest i Wolverine powróci. Ma się to odbyć z odpowiednim przytupem jeszcze w tym roku, bowiem w tle dużą rolę mają odegrać kamienie nieskończoności.

Za udostępnienie komiksu dziękujemy wydawcy Egmont

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *