Recenzja komiksu The Promised Neverland

Jestem niezwykle wdzięczna mandze The Promised Neverland. Nie sądziłam, że znajdzie się publikacja, która takiego starego komiksowego wyjadacza jak ja jeszcze zaskoczy.

Spoglądając na okładkę, byłam pewna, że będzie to opowieść o magicznej szkole, pełnej uzdolnionych dzieciaków, gdzie fabuła uzależniona będzie od kolejnych wspaniałych osiągnięć jej wychowanków. Nie mogłam się bardziej mylić.

Baloniku mój malutki, rośnij duży, okrąglutki

Manga The Promised Neverland została napisana przez Kaiu Shirai. Za ilustracje odpowiada Posuka Demizu. Jest to już druga współpraca tego duetu. Ich pierwsza publikacja to one-shot pt. Poppy no Negai (Marzenie Poppy). Była to niecodzienna opowieść o tosterze, który chciał być… człowiekiem. Przy ich kolejnej mandze, czyli The Promised Neverland, również sięgnęli po niecodzienny temat. Tytuł publikowano w magazynie Weekly Shōnen Jump od sierpnia 2016 do stycznia 2018 roku. Ten stosunkowo nowy komiks doczekał się do tej pory 8 tomików i już zapowiedziano adaptację anime na rok 2019. W czym jednak tkwi tajemnica tak niezwykłej popularności mangi o dzieciach?

Przenosimy się do roku 2045, gdzie poznajemy Emmę – 11-letnią dziewczynkę, wychowankę sierocińca Grace Field House, gdzie wraz z nią zamieszkuje 37 innych dzieciaków. Wiodą sielankowe życie w domu, gdzie nigdy nie brakuje jedzenia, towarzystwa i miłości ich opiekunki, którą nazywają „mamą”. Jedyne ograniczenia dotyczą zakazu opuszczania sierocińca i zapuszczania się zbyt głęboko w las. Emma wraz z dwójką najlepszych przyjaciół – Normanem i Rayem – spędzają dni na zabawie i testach, które zastępują im szkołę.

Beztroskie życie ulega zmianie, gdy jedno z ich rodzeństwa zostaje adoptowane. Sytuacja nie jest nowa, ale jej przypadkowo pozostawiona zabawka skłania Emmę i Normana do złamania zakazu i wyruszeniu po zmroku w stronę zakazanego przez „mamę” terenu. W nadziei na szybki zwrot ulubionego pluszaka w ręce dziewczynki, przekraczają bramę dzieląca ich beztroski świat od tego zewnętrznego. Poznają wówczas okrutną prawdę. Sierociniec pełni funkcję farmy, a ich prawdziwym przeznaczeniem jest stać się pożywieniem dla istot wyglądających jak demony. Kolejną dramatyczną informacją jest fakt, że ich opiekunka Isabella bierze udział w całym procederze. Dzieci są zmuszone odnaleźć się w zupełnie nowej rzeczywistości. Komu powinny o tym powiedzieć? Czy istnieje sposób ucieczki z sierocińca? Jeśli tak, to ile osób da się uratować? Co jest za bramą? Te pytania to zaledwie wierzchołek góry lodowej.

Balon rośnie, że aż strach. Przebrał miarę – no i trach!

Na uznanie zasługuje bardzo dobre dawkowanie informacji przez twórców mangi i wyciągnięcie z pomysłu ile się da. W każdym kolejnym rozdziale widać, jak dalece na przód musiał być rozpisany scenariusz całej opowieści, aby cała intryga była spójna. Przygotowania dzieciaków do kolejnych działań to długie logistyczne przedsięwzięcie. Twórca scenariusza nieustannie igra z czytelnikiem, raz po raz demonstrując mu tok myślenia każdej ze stron, rozgrywając na kartach komiksu strategiczną batalię. Powyższy pomysł na fabułę w innych rękach mógłby szybko ulec wyczerpaniu i pozostawić uczucie niedosytu. Na szczęście duet Shirai i Demizu doskonale radzą sobie z dawkowaniem napięcia i wciąganiem czytelnika głębiej w intrygę.

Polecam także zwrócić uwagę na kadrowanie i sposób rysowania. Artysta bardzo dobrze zwodzi czytelnika swoją kreską, często ściągając nasz wzrok na konkretną postać, jednocześnie w tle kryjąc swoje prawdziwe zamiary. Twórca oprawy graficznej doskonale wie, jak czytamy i gra nam na nosie, gdy przez nasz nieuwagę nie dostrzeżemy oczywistego faktu, a zawierzymy swoim przyzwyczajeniom.

Oprawa graficzna komiksu to coś, do czego część czytelników będzie musiała się przyzwyczaić. W moich kategoriach jest ona atrakcyjna i swoiste zniekształcenia, które pojawiają się w kontekście konkretnej akcji, mają swoje uzasadnienie nadając odpowiedni klimat. Jednocześnie wiem, że specyficzny rwany i nieco niedbały sposób rysowania nie każdemu może przypaść do gustu. Warto się jednak przekonać, bo opowiedziana historia tworzy wyśmienity thriller.

Słowem podsumowania

Dodatkowy plus należy się dla Waneko za nieprzetłumaczenie tytułu. Niby banał, a jednak pozwala odebrać całość opowieści inaczej i zachowuje w sobie tajemniczość. Jeśli poczytacie kiedyś o tworzeniu mang, choćby w komiksie Bakuman, zrozumiecie że tytuł jest integralnym elementem całości. Potrafi nadać ton, stać się ikonograficzny i tłumaczenie go na inny język nie zawsze wychodzi na dobre.

The Promised Neverland zaskoczyło mnie niezwykle pozytywnie i pomimo początkowych oporów, już nie mogę doczekać się kolejnego tomu. Waneko od lat punktuje u czytelników doborem mang i muszę przyznać, że i tym razem postawiło na coś niecodziennego, świeżego i chwytającego za serce. Oby tak dalej! W stronę Nibylandii!

Za udostępnienie komiksu dziękujemy wydawnictwu Waneko

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *