Gry dla nawalonych, czyli w co grać na domówce

Jak powszechnie wiadomo, zima nie sprzyja okazjom do radosnego i aktywnego spędzania czasu ze znajomymi przy jednoczesnym pławieniu się w ożywczych promieniach słonecznych (no chyba, że ktoś ma zapędy na sporty zimowe, ale ja w tej kwestii to lebiega jestem).

Chłodny klimat za to stanowi natomiast znakomity pretekst do organizowania wszelkiej maści spotkań towarzyskich, których trzon stanowią gry oraz popijanie działających leczniczo (ale tylko tymczasowo) na duszę trunków. A że przy takich okazjach delikatne popijanie nierzadko przeistacza się w istną kanonadę otwieranych flaszek i odkapslowywanych browarków, warto mieć na podorędziu zestaw gier, przy którym znakomicie będzie bawił się każdy, niezależnie od wieku, płci oraz ilości promili. Oto lista kilku moich sprawdzonych faworytów:

Surgeon Simulator

Czasem się napotka takiego marudę, co to na każdą wzmiankę o grach tylko mówi, „daj spokój, gry to sama nuda, tylko jakieś szczelanki i siekanki”. Wtedy mówię zazwyczaj coś w stylu, „no niby tak, ale czy słyszałeś kiedyś o SYMULATORZE NAWALONEGO CHIRURGA”? Szach-mat gra-ateiści! Ciągnę wtedy takie indywiduum przed kompa i odpalam Surgeon Simulator. Rozpaczliwe próby przeprowadzanie operacja jedną, niezbyt sprawną ręką (mam tanią klawiaturę z Tesco za 15.59, która nie rejestruje przyciśnięcia więcej niż 4 przycisków, więc o zaciśnięciu wszystkich palców w SS nie ma mowy), szybko zmieniają podejście gagatka do tematu, na dodatek dostarczając masę ubawu widowni, która niechybnie się zgromadzi. Tym bardziej że jednym z podstawowych błędów jest próba użycia strzykawki która funduje operującemu kolorową, kwasopodobną fazę. Ciekawe co sąsiedzi myślą słysząc najebane ryki „ROZŁUP MU TE ŻEBRA I DO SERCA, DO SEEERCAAAA”?

Nidhogg

Absolutny klasyk i domówkowy must-have. Prościutki system walki i specyficzne zasady gwarantujące dynamiczną rozgrywkę — na nawiązaniu walki zależy tylko temu kto przegrał ostatni pojedynek, gdyż zwycięzca musi tylko pędzić do końca levelu. Walczy się zatem prawie ciągle „w biegu”, a każdy mecz obfituje w nagłe zwroty akcji i zagrywki pokroju rzucania mieczem w plecy czy bezczelnego kampienia się z wystawionym ostrzem dokładnie w miejscu, w które musi wskoczyć oponent. No i oczywiście moje ulubione „wojny karłów”, czyli starcia w których obydwaj zawodnicy okładają się kończynami na kucaka, w nadziei na tzw. opening pozwalający im wyrwać jeszcze bijące serducho oponenta.

Genital Jousting

Tytuł tylko dla najbardziej zhardziałych duszyczek. To bowiem nic innego jak wojny pełzających, tryskających spontanicznie nasieniem penisów. Sposób na zwycięstwo: brutalne wtargnięcie do swoistego „odbyciku” przeciwnika. Jeżeli myślicie, że Genital Jousting to typowa „kupo-gra” za 5 zł ze Steama stworzona tylko w nadziei na przyciągnięcie uwagi któregoś ze znanych ROBIĄCYCH BEKĘ JUTUBERÓW to się grubo mylicie! Tytuł ten ma bowiem pełnoprawną kampanię oraz różne inne, poza opisanymi „wojenkami” tryby. Jest nawet dedykowany tryb imprezowy, zatem jak ktoś marzy o penisowym przeciąganiu liny to już wie gdzie może zrealizować swe niespełnione ambicje.

Samurai Gunn

O, a to tytuł najlepszy na okazje, gdy grono ładujących w palnik zawiera zawodników co to na niejednej produkcji palce starli. W Samurai Gunn naprzeciw siebie staje do czterech wojowników, wyposażonych w katanę oraz pistolet z trzema nabojami. Arsenał ten skromny musi wystarczyć do poszchlatowania śmigających po różnorodnych, wypełnionych przeszkodami terenowymi arenach. Ginie się na tzw. „strzała” więc rozgrywka jest równie szybka co w Nidhoggu, ale pozwala na większą swobodę działania. Świetnym rozwiązaniem jest również to, że remis rozstrzygany jest za pomocą pojedynku wśród łanów zboża, niczym w klasyku samurajskiego kina. Klimacik, i pożywka dla skowyczącej za plecami gawiedzi.

Overcooked

Gra typu STRESOWANKO. Na szczęście na domówkach są sposoby na rozładowanie stresu, zatem tykający nieustannie zegar odliczający czas do deadline’ów kolejnych zamówień nie budzi tyle grozy co na trzeźwo. Fajnie za to powydzierać się na siebie, w stylu „DEJ MI ZIOMUŚ TEGO KOTLETA I TO RAZ DWA”, oraz popanikować wspólnie, gdy kuchnia staje w płomieniach. Co prawda przyznaję, że późniejsze poziomy nieco przekraczają możliwości gromady przypadkowo zebranych i lekko wstawionych osób, niemniej jednak nie da się ukryć, że wspólne gotowanie na pędzących ciężarówkach czy też podczas trzęsienia ziemi przełamuje lody i miło zbliża do siebie ludzi.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *