Serwis komputerowy kontratakuje

Pora na kolejną porę śmieszków zabarwioną serwisanckim humorem. Nadchodzi najświeższa dostawa historii spod naszej lady!

Przygody serwisanta od dawna wpisały się w ramówkę Pad Portalu. Mamy nadzieję, że to nie ostatni epizod, a ciekawskich odsyłamy do lektury poprzednich tekstów klikając tu, tutaj oraz jeszcze zaglądając do tego artykułu.

5 gwiazdek za przesyłkę

Gdy zamawia się procesory przez Aliexpress, standardowym opakowaniem dla nich, jest intelowski plastikowy tray, potem odrobina pianki i wszystko idzie w małą kopertę bąbelkową. Gdy w serwisie kupujemy takie rzeczy z Allegro, procek często przychodzi (jeszcze uwalony w świeżej paście) obłożony grubymi piankami i zamknięty w pudełku.

Gdy zamawiał procesor mój znajomy, dostał go owiniętego w papier toaletowy i wrzucony do koperty. Taka ot niewdzięczna owa i7’ka była, że papier to wszystko, na co zasłużyła.

Ja z kolei ostatnio miałem dwa Quady w mych rękach do wysyłki. Miałem oryginalne tray’e, ale brak jakichś małych paczek. Najmniejsze pudełko, jakie znalazłem, było po mierniku elektronicznym, czyli jakoś tak dwudziestokrotnie za duże. Poszła folia bąbelkowa, procek, znów folia bąbelkowa, zamykamy kartonik, taśma, folia stretch i na samym końcu list przewozowy.

Teraz najlepszy moment. Sprzedawałem je przez Allegro, więc niedługo też dostałem przepiękny komentarz zwrotny od szczęśliwego kupca: „Super zabezpieczona przesyłka…” z pięciogwiazdkową oceną wszędzie. Ktoś zapewne bawił się z odpakowywaniem lepiej, niż z prezentami spod choinki.

Niech Pan zrobi tak, żeby działało na teraz

Kiedy mówimy klientom, jakie są opcje naprawy sprzętu, to zazwyczaj, prawem Murphiego, wybierają to, czego najmniej się spodziewamy i oczekujemy.

  • Ma Pani do wyboru baterie 4400mAh za 100, 5200mAh za 170 i 6600mAh za 180zł.
  • Poproszę tą 5200.

Czemu akurat najmniej opłacalną opcję? Grom go wie. Tak też było z tym Samsungiem NP300. Przychodzi z objawem „nie włącza się i nie ładuje”, więc moi współpracownicy biorą go na warsztat, patrzą na niego i okazuje się, że kawałek płyty (tam gdzie jest gniazdo) został ułamany. Dosłownie.

I tak, właśnie względnie niegroźna połamana obudowa przekłada się na gorsze rzeczy. Daliśmy wybór: albo to kleimy, lutujemy, a laptop staje się nieruszalnym komputerem stacjonarnym, albo wymienia my płytę. Oczywiście zostało wybrane to pierwsze. Zrobione, sprawdzone, obudowa doklejona (bo jak to tak wydawać na plastiki przy działającym laptopie).

W zeszły piątek klientka przyszła już drugi raz złożyć reklamację, bo „zamknęłam go tylko dwa razy i znowu nie działa”, pomimo naszych bardzo stanowczych uwag o nie ruszaniu go ZUPEŁNIE. Bo wiadomo – tanie rozwiązanie, to dobre rozwiązanie.

Ale to nie jest to samo!

Zawsze się zastanawiam, jak ludzie mogą być albo tak bardzo nieuważni, albo tak bardzo ignoranccy. Jeśli jeździsz autem, to wiesz, że te trzy „cosie” na dole to pedały, ta pionowa wajcha to skrzynia biegów a pozioma to ręczny – a nie odwrotnie.

Jednak są ludzie używający komputerów, którzy zaskakują mnie swoją kompletną ignoracją najprostszych tematów codziennego użytkowania komputera, mimo że często robią to przez ponad osiem godzin dziennie.

Chciałem napisać tutaj też trochę o paradoksie poznanych przez serwis użytkowników Linuxa, którzy nie mają bladego pojęcia o istnieniu czegoś takiego jak terminal, ale artykuł byłby wtedy istną ciągutką, a naczelny by mnie zabił 🙂 Ograniczę się tylko do dwóch przypadków związanych z eksploratorem w Windowsie.

Ostatnio miałem zlecenie, aby w jednej przychodni ogarnąć przegrzewający się komputer. Pomijając fakt, że była to najdziwniejsza sprawa, jaką kiedykolwiek miałem (po starcie systemu wszystko działało na 100% obciążenia do momentu włączenia menadżera zadań), to doszedłem szybko do wniosku, że poza typowym czyszczeniem przydałoby się przeinstalować system.

A przychodnia, jak to przychodnia – używa starego, niepopularnego oprogramowania, o którym nikt nie wie jak działa, mają swoje ukochane pulpitowe rzeczy, więc już bałem się swojej przyszłości. Mądry ja doszedł do wniosku, że podzieli dysk na dwa, na drugim rzuci nowy system, włączy dobrze opisanego dual boota i po prostu da skróty do obsługi archiwum danych z pierwszej partycji.

Pierwsza wizytacja i weryfikacja zaczęła się mniej więcej dyskusją:

  • „A gdzie się wszystko podziało?”
  • „Jest tutaj, tam gdzie było. Tutaj na pulpicie jest skrót od tego.”
  • „No dobrze, ale ja chcę tak jak było!”
  • „No i dlatego jest tak jak było…?”
  • „…”

Ostatecznie okazało się, że dla klienta problemem było (uwaga!) to, że pulpit starego systemu był w nowym, jako folder (dla niewtajemniczonych – tak, pulpit jest poprostu folderem. Tak samo jak autostart systemowy). Mimo że i tak tam były foldery a nie pliki, więc tak czy siak otwierał eksploratora, ale „nie pasował mu wygląd”.

Załamując się i nad logiką klienta, i nad całą sprawą, uległem idiotycznej propozycji surowego przekopiowania danych. Klient zadowolony, ja zdruzgotany. Dosłownie wyczekuje tylko dnia, w którym klient do mnie zadzwoni i spyta się, dlaczego na drugim systemie najnowsze dane są sprzed kilku lat…

Zmiana BIOSa

Ostatnio przyszedł w nasze progi bardzo ciekawy klient. Przyniósł nam do naprawy MASĘ ciekawych rzeczy, jak np. Flamethrowera (znanego też, jako GTX 480), Strikera (pierwszy ROG Asusa na LGA 775) i dwie płyty EVGA na LGA 1336, które teraz są dosłownie perełkami.

Jedna z nich, dokładnie dwusocketowa SR2 miała ponoć spalony MOSFET. Przyjęliśmy, że skoro klient mówił coś w stylu „ja tylko zmieniłem BIOS przełącznikiem na płycie”, to sytuacja nie może być taka zła.

Chwil kilka i trochę skrobania sadzy później bawiliśmy się pinezkami i tym, jak przechodziły przez nowe, niezaprojektowane dziury w płycie głównej. Nie wiem, co to był za BIOS, ale amperaż musiał nieźle kopnąć.

Bonjour!

Na koniec coś, co mnie rozwaliło. Przychodzi klient i pyta się nas czy mamy na miejscu jakieś płyty pod Coffee Lake Z370, więc mówimy mu, że raczej na zamówienie, bo to za duża inwestycja, żeby je kupować i trzymać, na co dostaję następujące pytanie:

„A no dobra, rozumiem. A może jakieś Fatality AsRocka? Albo Gaming od MSI? Albo może Rampage (czyt. fr. „Ram-paż”) od ASUS’a?”

Powstrzymując śmiech powiedziałem niestety nie, po czym klient wyszedł, a ja w końcu mogłem wybuchnąć śmiechem z przepięknej francuskiej wymowy jednego jedynego słowa z całej angielskiej gamy.

Autor: Piotr Zubko

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *