Serwis komputerowy zawsze do usług

Ha-ha! Myśleliście, że te kilka historyjek to już wszystko? Nie, jedziemy dalej! Dzieje serwisanta część druga właśnie nadeszła! Trochę w wydłużonej wersji, ale to w końcu życie pisze najciekawsze historie – nie ja.

Wymagania na poziomie

Zapewne każdy zna tę zasadę, że jeśli dzień w pracy jest zbyt leniwy i wolny, to oznacza to tylko coś dużego, co nadejdzie zaraz przed końcem. Tak było też i w tym przypadku. Calutki dzioneczek nic, a po szesnastej nagle wpada klient i kładzie na ladę OSIEM laptopów.

„Na testy i jak się da, to przy okazji ożywić je składając z kilku jeden.” – No dobra, nie brzmi jakoś mocno źle, przyjmuję i wpisuję wszystkie po kolei, żegnam się z nim i idę dokończyć instalację Windowsa na ostatnim laptopie do ogarnięcia. Chwilę potem mam już w ręku pierwszego ze stosu laptopów – starego Acera, który BARDZO MOCNO nie żył, zwłaszcza, że nie miał wtyczki zasilania.

Rozkręciłem go na części pierwsze, podłączam wtyczkę na kabelku, sprawdzam na zasilaczu, zmieniam RAMy, resetuje BIOS, oglądowo sprawdzam płytę – typowy serwisowy kwadrans. Nagle wbija właściciel sprzętu i krzyczy przez serwis –„ZROBIONE JUŻ???”.

Diabeł tkwi w detalach

Najczęstszy możliwy opis klienta, co jest nie tak ze sprzętem, brzmi: „nie działa” – w 95% przypadków. Z doświadczenia mogę powiedzieć, że w ponad połowie przyjętych sprzętów okazuje się, że sprzęt działa… ale np. „NIE DZIAŁA PRZEGLĄDARKA, WIĘC CAŁY KOMPUTER JEST DO WYRZUCENIA!” – takie tam typowe sprawy. Tak też było i z tym PC’tem, więc już pomny o przeszłość mych działań z delikatnym przymrożeniem oka wpisuje zlecenie do systemu.

Niedługo potem było też mi dane go sprawdzić – włączam. Wszystko działa… trochę mozolnie, ale działa. W serwisie wyrobiłem sobie nawyk typu „najpierw wyczyść, potem sprawdzaj normalnie resztę obajwów”, gdyż ludzie zazwyczaj traktują z jakiegoś powodu komputery odmiennnie niż swoje meble i ich nie czyszczą. Kupa kurzu. Przemiło. Sprężarka i do roboty.

Patrzę więc na mizerne stockowe chłodzenie Intela i dochodzę do wniosku, że pobłogosławię je chociaż nową pastą. Odblokowuję kołki, wyciągam wtyczkę PWM, unoszę cooler i patrzę na bazę, na której jest pasta termoprzewodząca. Albo raczej skała termoNIEprzewodząca. Jeśli kiedykolwiek widzieliście „trzy paski” Intela na chłodzeniu – pasta była tak stara, że nawet pod naciskiem się zachował ich kształt.

Nigdy nie wierz w słowa sprzętu

Teraz może mniej zabawnie i nie o klientach, ale nadal opowieść warta przekazania. Jeśli kiedykolwiek mieliście jakikolwiek problem z dyskiem pewnie słyszeliście coś w stylu „A pokaż, jakie ma smarty!”. Dla niewtajemniczonych, S.M.A.R.T. to statystyki dysku dotyczące jego obecnego stanu: temperatura, ilość przepracowanych godzin, ilość złych sektorów lub inne pokraczne błędy.

Był sobie jeden laptop – „wypaśny, najtopowniejszy” Samsung z serii NP. Sprzęt fajny, ale jak tylko klient go przyniósł, to już wiedziałem, że będzie ciężka sprawa – z niewiadomego powodu chodzi wolno jak ślimak, a pomimo dobrej dedykowanej karty graficznej w Docie na najniższych ustawieniach ma 15 fps.

Jeśli wszystko chodzi wolno, a proc najzwyczajniej bezproblemowo osiąga pełne taktowanie turbo, to zostaje, jako problem tylko RAM i dysk. Po wymianie pierwszego nic się nie zmieniło. Ostatecznie podmieniłem dysk i w międzyczasie sprawdziłem HDTunem oryginalny nośnik. Nośnik OK – zero błędów, po zmianie dysku i zainstalowaniu nowego systemu jest też dobrze – reinstaluje system i oddaje sprzęt.

Za dwa tygodnie przychodzi klient wraz z laptopem – „Znowu to samo”. W tym momencie zaczynam się drapać w głowę, bo gość wygląda jak ogarnięty człek i system też jest czysty pod względem aplikacji. Ponawiam sprawdzanie dysku – po dwugodzinnych skanach znowu wynik ten sam. Dochodzę do wniosku, że może przesiadka z Win10 na Win7 pomoże.

Instaluję, dorzucam stery, programy – koniec. Więcej zrobić się nie da. Patrzę na zegarek – za 30 minut zamykamy, zaraz ma go odebrać klient. Podejmuję decyzję, że w imię większego statystycznego dobra puszczę Userbenchmarka. I co? Nagle widzę w tym teście na „smartach”, że dysk ma 15 Raw Read Error’ów, które praktycznie klasyfikują go, jako materiał do wykładania śmietnika. Facepalm.

Poszanowanie się należy

Był sobie taki jeden klient, który był u nas trzy razy z tym samym laptopem i był tak PRZEMIŁY, że aż dostał od naszej załogi serwisowej kryptonim „Proszek” (bo tak). Gość miał Sony’ego Vaio – taki 17” lapek sprzed jakichś 3 lat, który ma chyba najgorszy trackpad jakiego pamiętam. Z tego, co pamiętam, to Proszek przyszedł na wyczyszczenie go i zmianę pasty. Robota łatwa, bo laptop znam jak tylną kieszeń (ma go moja dziewoja), a sam sprzęt wymaga tylko zdjęcia dolnej pokrywy. Dziesięć minut później było już po krzyku i laptop leżał na półce gotowy do odbioru.

Niestety komputer wraca po chwili z powrotem na serwis z powodu mojego małego niedopatrzenia – kabel głośnikowy postanowił się odkleić od obudowy podczas demontażu i po wyjściu ze swojego żłobienia trafił pod sąsiadującą śrubę. Poprawiłem, sprawdziłem, działa, wydaję.

Proszek jednak PONOWNIE powraca mówiąc, że teraz z kolei dźwięk przerywa. Znowu siedząc z tyłu ze współpracownikiem z umiarem nim machamy, próbując zrekonstruować usterkę – ale nic. Ostetecznie dla pewności przelutowaliśmy okablowanie i piszemy do właściciela, że teraz już na 110% powinno nie być niedociągnięć.

Przychodzi, oddajemy mu sprzęt w ręce. Proszek podchodzi, słucha puszczonej muzyki z laptopa. Podnosi go, patrzy i słucha spod spodu… po czym łapie go za jeden bok i trzepie góra-dół jak jakąś szmatę. Ale dźwięk się nie przerwał. „Okey, teraz działa. Dzięki!” powiedziawszy to wyszedł. Ja z kolei zacząłem się zastanawiać, czy to odpowiedni moment, aby przeżegnać się nad duszą tego laptopa.

Autor: Piotr Zubko

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *