Tajlandia widziana z perspektywy geeka

Japonia to raj dla każdego geeka. Dzielnice wypełnione sklepami z figurkami, komiksami, grami i najbardziej fantazyjne lokale, jakie można sobie wyobrazić. Zastanawialiście się kiedykolwiek – jak to robi Tajlandia?

Tajlandia brzmi egzotycznie, ale paradoksalnie jest to jedno z tańszych miejsc, do jakich można się wybrać na bajeczne wakacje. Noclegi to wydatek rzędu 50-100 zł za dwuosobowy pokój za noc (zakładam, że nie jesteś drogi czytelniku bywalcem Hiltonów, bo takowe oczywiście są droższe). Jedzenie można dostać już od 4 zł – świetne zupki Pho prosto od ulicznych sprzedawców, a ilość wrażeń bezcenna. Podróżując po świecie rozglądam się nie tylko za interesującymi lokalami czy miejscowymi zabytkami. Dziś zabieram was na krótką podróż po tajskim świecie gier, komiksu i wszelkiego fanowskiego stuffu.

To nie jest druga Japonia

Tajlandia nie oferuje geekom doznań na miarę japońskich dzielnic nerdów. Sklepów tematycznych trzeba szukać i nie ma ich zbyt wiele. W Bangkoku, który jest nieporównywalnie duży względem jakiegokolwiek polskiego miasta, spotkałam takich miejsc stosunkowo niewiele. Gdy opuścimy turystyczne szlaki, najwięcej interesujących rzeczy odkryjemy w zwyczajnych centrach handlowych.

Wprawdzie język Tajów jest na tyle skomplikowany, że odczytanie interesującego tytułu jest… trudne, ale na szczęście na okładkach są obrazki, więc poszukujący wrażeń gracz rozpozna swój ulubiony tytuł bez większego problemu. Sklepy z grami z reguły można odszukać w większych galeriach handlowych. Najbardziej znana jest sieć NADZ, które łatwo rozpoznać po granatowym wystroju i dość bogatej ofercie dostępnych dóbr. Znajdziecie tu wszystko to, co kocha prawdziwy fan, czyli znane tytuły na konsole, sprzęt i sporo figurek. Gry na PC to zaledwie kilka pozycji, stanowiąc ułamek oferty sklepu. Już prędzej znajdziecie na półce zapas pięknie ilustrowanego poradnika do Horizon Zero Down.

Gier tu pod dostatkiem

Ze względu na to, że poruszamy się po rynku azjatyckim znajdziemy tu sporo gier japońskich i tytułów na konsolki Nintendo. Znacznie więcej niż w naszym pięknym kraju. Pokusa wykupienia połowy asortymentu jest ogromna, ale niestety wszyscy napaleni na „tanią” Tajlandię muszą o niej zapomnieć przekraczając próg sklepu z grami. Ich ceny są bardzo zbliżone do naszych. 1000 Bahtów to około 100 zł. Dlatego gdy spojrzycie na półki pozostaje jedynie otrzeć łzę rozczarowania. Wartość nowszych tytułów i tak plasuje się w granicach 200 zł lub więcej.

Jedną z niewielu zalet NADZ są naprawdę piękne figurki, które w Polsce są dostępne sporadycznie lub w ogóle. Oczywiście swoje kosztują, ale ta chęć posiadania u siebie unikatu jest znacznie silniejsza. Pozostanie wam jedynie rozwiązać problem, jak takiego 80 cm potwora z World of Warcraft upchnąć w bagażu nadawanym.

Niech przemówi galeria!

Prawdziwe zakupowe szaleństwo czeka was zupełnie gdzie indziej! Chętnym zakupowych wrażeń i przyszłej biedy w portfelu, polecam poruszać się w Bangkoku po budynkach Siam Paragon i Siam Discovery. Razem to połączone ogromne centra handlowe, w których poza niezliczoną ilością markowych ciuchów spotkacie sklepy z zabawkami.

Mało to intuicyjne dla dorosłego zakupomaniaka, ale wszelki merch został upchnięty właśnie w przybytkach dla dzieci. Jest tam w-s-z-y-s-t-k-o! Figurki, pluszaki, gry, mangi, nowelki, bluzy w czarodziejkę z księżyca, śpiący po kątach Azjaci, karty pokemon, modele do sklejania… tylko sił brak (i pieniędzy), aby to wszystko wzrokiem i rozumem ogarnąć.

Ceny plasują się dość znośnie, jak na nasze warunki zarobkowe. Za 25 cm figurkę Nami z One Piece, w seksownym wdzianku, zapłaciłam 80 zł. Stosunkowo tanie są mangi, bo za tomik przyjdzie wam zapłacić nieco ponad 10 zł. Nowelki do czytania prosto z drukarni, dostępne są w cenie 8-10 zł. Oczywiście pod warunkiem, że czytacie w tutejszym języku.

Różnice kulturowe

Przerzucając bezwiednie kanały w hotelu trafiłam na sporą ilość stacji z anime. Pokemony czy inne Digimony emitowane są na kanałach dziecięcych niemal bez przerwy. Jedyny przeszkodą w cieszeniu się dobrobytem był nie tyle język, co tajski dubbing. Z moich obserwacji wynika, że wszystko w tajskiej telewizji jest dubbingowane (także zwykłe filmy amerykańskie). Jeśli znasz oryginalny głos aktora, oglądanie staje się niemal uciążliwe. W kreskówce wiele można wybaczyć, ale kiedy Milla Jovovich ma głos 15-letniej nastolatki, a jej głosowa ekscytacja zabijaniem zombie przypomina bardziej reakcję na zakup kucyka Pony, to sięgasz po pilot i szybko kończysz tę katorgę.

To samo dotyczy wydań filmów na DVD. Anime z reguły wydawane są w dwóch wersjach – z tajskim dubbingiem i z oryginalnym, ale za to z tajskimi napisami. Doszukanie się angielskich napisów to rzadkość. Ciekawa jest także różnica cenowa. Pierwsze wydanie jest z reguły droższe, podczas gdy płyta z napisami jest znacznie tańsza. Nawet dwukrotnie!

Największy minus bycia „otaku” w Tajlandii? Ponownie pomijam język, bo to dość oczywiste. Problemem jest dostępność upragnionych dóbr. Niestety wybór miejscówek i sklepów z merchem jest stosunkowo niewielki. Warto szukać wokół galerii handlowych, lub targów. Tajlandia to jednak nie Japonia. Nawet, jeśli widzimy pewne punkty styczne, jak choćby urocze mangowe postacie reklamujące niemal wszystko od systemu kart płatniczych po oczyszczalnie ścieków, to wciąż jest to odrębna kultura, która nie wyrosła na japońskiej popkulturze, a jedynie ją przyjęła pod swój dach.

Kierunek Chatuchack

Jeśli planujecie ciekawy i tani shopping w Bangkoku polecam wam szczególnie jedno miejsce, gdzie w zakamarkach króluje dobrze znana nam popkultura, choć nie tak widoczna na pierwszy rzut oka. Jeśli dysponujecie czasem, zajrzyjcie na jeden z największych targów na świecie – Chatuchack. Znajduje się on pewnym oddaleniu od centrum Bangkoku, ale zapewniam, że jest to najlepsze miejsce do kompletnego szaleństwa zakupowego. Posiada blisko 15000 stoisk, podzielonych na poszczególne tematy – ubrania, zapachy i akcesoria łazienkowe, pamiątki, książki i wiele więcej. Na tyle dużo, że po sześciogodzinnym spacerze alejkami poddałam się obwieszona zakupami, pamiątkami i spłukana ponad miarę.

Nawet w tak niecodziennym miejscu udało mi się odszukać nieco rzeczy dla wiernego otaku! Assasins Creed po tajsku czy wełniany Luigi wisiał tuż obok kształtnych penisów z mydła <sic!>. Jedną z fajniejszych cech targu był fakt, że konkretny sektor poświęcono stoiskom miejscowych artystów, gdzie można znaleźć naprawdę unikatowe rzeczy, nie do spotkania nigdzie indziej.

Garść zakupowych porad

Jeśli kiedyś Tajlandia znajdzie się na waszym celowniku, pamiętajcie że w tym kraju można się targować. Jeśli upatrzycie sobie jakiś uroczy gadżet, nie wahajcie się odrobinę zbić cenę. Targowanie się dla Tajlandczyków to niemal sport narodowy, pod warunkiem, że nie robisz tego w sklepie spożywczym. Satysfakcja z obniżenia ceny przedmiotu choćby o kilka bahtów – bezcenna.

Turystyka gamingowa w Tajlandii nie jest łatwa. Będąc tam jeszcze pięć lat temu, zdarzało mi się natrafić na sklepy z pirackimi wydaniami gier. Gdy wróciłam w tym roku, kierując się w identyczne miejsce, gdzie oczekiwałam skupiska dziwów na płytach opatrzonych drukowanymi okładkami, napotkałam już tylko modne lokale. Widać świadomość konsumencka zmieniła się także tutaj na przestrzeni zaledwie kilku lat. Na szczęście w Tajlandii wciąż zdarzają się takie perełki jak sklep odzieżowy z chińską konfekcją pod szyldem Diablo.

Dajcie znać, czy wy także uprawiacie turystykę gamingową i czy za granicą szukacie miejsc, gdzie możecie zaczerpnąć swojego hobby mimo chwilowego odstawienia konsoli?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *